Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OPOWIADANIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OPOWIADANIA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Amelka

Dawno dawno temu w niedużym, wiecznie skutym lodem miasteczku żyła sobie mała dziewczynka. Miała na imię Amelka i bardzo lubiła słuchać bajek.
Wieczorami, zanim położyła się spać zawsze przenosiła się w wyobraźni do wspaniałych miejsc.      W jej marzeniach zawsze świeciło słońce. Tam, gdzie mieszkała - słońce nie wychodziło już od dawna. O ostatnim razie, gdy się pojawiło opowiadał jej dziadek. Dlatego właśnie uwielbiała siadać u niego na kolanach otulona kocykiem i przytulać się do długiej siwej brody. Zawsze, kiedy dziadek coś jej opowiadał wydawało jej się, że przenosi się w magiczne czasy. To on zaraził ją miłością do długich opowieści.
Pewnego razu Amelka zapytała dziadka, dlaczego właściwie ich miasteczko jest cały czas tak zaśnieżone, ciemne i zimne. Dziadek jednak niestety, zasmucony, odpowiedział, że tego nikt nie wie.
Amelka postanowiła nie odpuszczać i dowiedzieć się o co chodzi. Wybrała się na spacer do biblioteki, licząc że coś tam znajdzie. Gdy dotarła na miejsce okazało się, że jest zamknięta. Siadła więc na progu i zaczęła płakać. Nagle poczuła jak coś ciągnie ją za nogawkę spodni. Rozejrzała się, ale nikogo nie dostrzegła. Wtedy na jej kolano wdrapała się malutka istotka. Amelka patrzyła zadziwiona i własnym oczom nie wierzyła. Zobaczyła bowiem… krasnoludka!
Wybąkała cicho:
  - eee Czy Ty jesteś krasnoludkiem?
Stworzonko uśmiechnęło się :
 - Oj Amelko, nad czym się zastanawiasz. Przecież tyle razy widziałaś mnie już w swojej wyobraźni
    - No tak, zawsze chciałam spotkać skrzata, ale wydawało mi się, że nie istniejecie.
    - W gruncie rzeczy Malutka wierzyłaś, że jednak jesteśmy prawda?
    - Racja, ale dorośli i inne dzieci przekonały mnie, że to niemożliwe.
    - Eh… To takie smutne… Słuchaj. Wiem, że próbujesz dowiedzieć się dlaczego nie świeci u nas słońce. Na Radzie Zarządu Krasnali zdecydowaliśmy, że jesteś jedyną osobą w całym miasteczku, która może coś z tym zrobić.
-Jak to możliwe? Przecież jestem tylko małą dziewczynką!
    -Właśnie o to chodzi. Wiesz dlaczego panuje u nas wieczna zima? Bo wszyscy przestali marzyć! Nawet dzieci, które powinny to robić cały czas.
    - Naprawdę? To bardzo smutne. Ale co ja właściwie miałabym z tym zrobić?
    - Musisz przekonać dzieci, że warto marzyć i używać fantazji.

Nie zważając na zdziwienie Amelki krasnoludek kazał jej pójść za sobą. Dotarli razem do lasu. Tam, pod wielkim kasztanowcem czekał już śliczny kucyk. Krasnal powiedział, że ma na imię Gwiazdeczka i zabierze Amelkę w wyjątkowe miejsce, po czym zniknął. Dziewczynka wsiadła na konika i wtedy zauważyła, że ma on dwa wspaniałe skrzydła. Gwiazdeczka łagodnie wznosiła się. Lot był dla Amelki czymś niesamowitym i kiedy wylądowali, było jej przykro, że już się skończył. Wtedy zobaczyła przed sobą małą drewnianą chatkę. Postanowiła wejść do środka. Po otwarciu drzwi czekał na nią wyjątkowy widok. Zobaczyła kilka instrumentów, które - co najdziwniejsze zachowywały się jak ludzie, a nawet ze sobą rozmawiały. Jeden z nich, najgłośniejszy szybko podbiegł do Amelki i przedstawił się:
 - Jestem Bębenek Florianek. Cieszymy się Amelko, że wreszcie do nas trafiłaś.
    - Tyle razy o was czytałam i marzyłam, że was spotkam, ale nie sądziłam, że to będzie możliwe.
    - No widzisz. Jak się w coś wierzy całym serduszkiem i robi wszystko, żeby to się stało to nie ma nic niemożliwego. Zwłaszcza dla dzieci, one potrafią to najpełniej. A teraz pomożemy Ci spełnić Twoje największe marzenie - napiszemy razem piosenkę. Co Ty na to?
Amelka zaniemówiła z zachwytu. Tworzyli, tworzyli, a kiedy dzieło zostało ukończone musieli się pożegnać i dziewczynka znowu na Gwiazdeczce wróciła do domu.
Wspominając magiczną wyprawę Amelka doszła do wniosku, że to, że jej marzenie się spełniło może pomóc innym dzieciom nauczyć się używać fantazji. Wpadła na pomysł, by napisać opowieść o tym co jej się przytrafiło, a kiedy pójdzie do szkoły zaśpiewać wszystkim dzieciom piosenkę, którą stworzyła wraz z Floriankiem i całą radosną zgrają.
I tym sposobem w miasteczku znowu zaświeciło słońce. A wszystkie dzieci, nawet kiedy były już dorosłe pamiętały żeby nigdy nie przestawać marzyć i przekazywały to komu tylko mogły. Dzięki temu teraz cały świat jest rozpromieniony i uśmiechnięty.

piątek, 15 maja 2015

Obietnica i wiara

 W 1989 roku  trzęsienie ziemi o sile 8,2 stopnia w skali Richtera niemal nie zrównało z ziemią Armenii. W niecałe cztery minuty zginęło ponad 30 tysięcy ludzi. Wśród panującego zamętu i zniszczenia pewien człowiek zostawił żonę bezpiecznie w domu i pobiegł do szkoły, gdzie miał przebywać jego syn. Dotarłszy na miejsce zobaczył, że budynek został kompletnie zniszczony.
Po pierwszym szoku przypomniał sobie obietnicę, którą złożył synowi: \"Choćby nie wiem co się zdarzyło, zawsze będę przy tobie!\". Łzy napłynęły mu do oczu. Kiedy spojrzał na usypisko gruzu, które jeszcze nie tak dawno były szkołą, sprawa wydała mu się beznadziejna. Ale pamiętał o swoim zobowiązaniu wobec syna. Przypomniał sobie, dokąd odprowadzał syna codziennie rano. Jego klasa znajdowała się w prawym tylnym rogu budynku, więc pobiegł tam i zaczął przekopywać zwały gruzu.

Gdy tak pracował, nadeszli inni zrozpaczeni rodzice; przyciskali ręce do serca, powtarzając: \"Mój syn!\", \"Moja córka!\" Jeszcze inni, mając jak najlepsze intencje, próbowali go odciągnąć od ruin, mówiąc:
- Już za późno.
- Oni nie żyją.
- Nic już nie pomoże!
- Wracaj do domu!
- Spójrzmy prawdzie w oczy. Nic się już nie da zrobić!
- Pogorszysz tylko sprawę!

Każdemu z nich odpowiadał tylko jedno: Czy mi teraz pomożesz? I nadal szukał syna pod gruzami.
Pojawił się strażak i próbował go odciągnąć od rumowiska, mówiąc:
- Wybuchają pożary, wszędzie dochodzi do eksplozji. Tu jest niebezpiecznie. Proszę iść do domu. My się wszystkim zajmiemy.
Na to kochający, troskliwy ormiański ojciec spytał:
- Czy pan mi pomoże? Przyszli policjanci i powiedzieli:
- Szaleje pan z rozpaczy i gniewu. Już po wszystkim. Naraża pan innych. Proszę iść do domu. My się tym zajmiemy.
Na to on:
- Czy mi pomożecie?

Nikt jednak nie pomógł... więc sam z determinacją pracował, bo musiał się przekonać.

- Czy mój syn żyje? - zadawał sobie pytanie. Kopał osiem godzin, dwanaście, dwadzieścia cztery, trzydzieści sześć... wreszcie, w trzydziestej ósmej godzinie odsunął kawał gruzu i usłyszał głos swojego syna. Wykrzyknął jego imię: ARMAND!
- Tatuś? - usłyszał w odpowiedzi. - To ja, tato! Mówiłem innym dzieciom, żeby się nie martwiły. Powiedziałem, że jeśli żyjesz, to mnie uratujesz, a skoro mnie, to i ich. Obiecywałeś: \"Choćby nie wiem co, zawsze będę przy tobie!\" Zrobiłeś to, tato!
- Co się tam dzieje? Jak tam jest? - spytał ojciec.
- Zostało nas czternaścioro z trzydzieściorga trojga. Boimy się, jesteśmy głodni, chce nam się pić. Ale cieszymy się, że jesteś. Kiedy budynek się zawalił, zrobił się jakby trójkątny klin, i to nas ocaliło.
- Wychodź, chłopcze!
- Nie, tato. Niech najpierw wyjdą inne dzieci, bo wiem, że mnie na pewno wyciągniesz. Choćby nie wiem co się zdarzyło, wiem, że mogę na ciebie liczyć.
Mark V. Hansen

Cztery świece

Cztery świece płonęły powoli. Było tak cicho, że prawie usłyszałbyś ich rozmowę. Pierwsza rzekła:
- Ja jestem pokój! Jednak nikt nie troszczy się o to, abym płonęła. Dlatego odchodzę.
Płomień stawał się coraz mniejszy, aż w końcu zupełnie zgasł...
Druga rzekła:
- Ja jestem wiara! Najmniej z nas wszystkich czuję się potrzebna, dlatego nie widzę sensu dłużej płonąć.
Gdy skończyła mówić, lekki podmuch wiatru zgasił płomień...
Trzecia ze świec zwróciła się ku nim i ze smutkiem rzekła:
- Ja jestem miłość! Nie mam siły dłużej świecić. Ludzie odsunęli mnie na bok, nie rozumiejąc mojego znaczenia. Zapominają kochać nawet tych, którzy są im najbliżsi.
I nie czekając ani chwili zgasła...
Nagle dziecko otworzyło drzwi i zobaczyło, że trzy świece przestały płonąć.
- Dlaczego zgasłyście? Świece powinny płonąć aż do końca.

To powiedziawszy dziecko rozpłakało się. Wtedy odezwała się czwarta świeca:
- Nie smuć się. Dopóki ja płonę, od mojego płomienia możemy zapalić pozostałe świece. Ja jestem nadzieja!
Z błyszczącymi od łez oczyma, dziecko wzięło w dłoń świecę nadziei i od jej płomienia zapaliło pozostałe świece.
Płomień nadziei nie powinien nigdy zgasnąć w Twoim życiu... Każdy z nas powinien podtrzymywać płomienie Pokoju, Wiary, Miłości i Nadziei!

sobota, 15 listopada 2014

Opowiadanie wigilijne

„Tylko pamiętaj, musisz być szczególnie grzeczny w czasie Adwentu, bo inaczej nie narodzi się dla ciebie Pan Jezus”. Janek pamiętał o tym dobrze, ale nie wiedział, co to znaczy. Wstydził się zresztą, że taki jest niemądry, i nie śmiał nikogo pytać. „Bo co to znaczy, że Pan Jezus nie narodzi się dla mnie. Jak się narodzi, to się narodzi dla wszystkich. Zresztą co to znaczy, że się narodzi? Przecież raz już się narodził. Czy można się drugi raz narodzić? A może naprawdę tylko wtedy się dowiem, kiedy będę szczególnie grzeczny”. I w gruncie rzeczy starał się być grzeczny w Adwencie.

Najpierw, jak rokrocznie, czekał na przyjście Świętego Mikołaja. Prawdę mówiąc, nie wiedział, jak to jest z tym Świętym Mikołajem. Kiedyś w szkole nieopatrznie wyrwało mu się jakieś takie zdanie o Świętym Mikołaju. Kolega, którego bardzo nie lubił i który Janka też nie lubił i przezywał go „ślamazara”, zaczął wykrzykiwać:
- Patrzcie, jeszcze jeden, co wierzy w Świętego Mikołaja.
Zresztą już wcześniej o tym mówili inni koledzy, że to nie żaden święty z nieba przychodzi z podarkami, tylko rodzice je podkładają. Na wszelki wypadek spytał mamy:
- Mamo, czy przyjdzie do ciebie Święty Mikołaj?
- Nie. Święty Mikołaj przychodzi do dzieci. Tylko czasem przychodzi do starszych.
- To do ciebie też nie przyjdzie?
- Nie.
Janek zmarkotniał. Po chwili zapytał:
- A co chciałabyś dostać od Świętego Mikołaja?
Mama nie wiedziała.
- No powiedz co. Może chusteczki do nosa. Ja mam takie piękne. Pamiętasz, w tamtym roku otrzymałem od babci na imieniny. Ale ich nie używałem, bo mi było żal. A tobie się bardzo podobały. Dobrze?
- Dobrze – odpowiedziała mama.
- Tylko jak to zrobimy? Bo ty nie możesz o tym wcześniej wiedzieć. Wobec tego podłożę ci pod poduszkę, a tobie będzie wolno tam dopiero zaglądnąć w nocy. Dobrze?
- Dobrze – mama się zgodziła.
- No a tatuś? Żeby mu nie było smutno. To może ja dla niego kupię skarpetki i tak samo zrobię.
W wieczór Świętego Mikołaja Janek przyrzekał sobie, że nie będzie spał. Że musi przekonać się, czy to Święty Mikołaj przychodzi, czy nie. Czytał jeszcze długo w łóżku, aż go mama upomniała. Zgasił światło, ale starał się czuwać. Początkowo nawet nie był śpiący. Potem jednak oczy same mu się zamykały. Walczył całym wysiłkiem woli, aby nie zasnąć. Nawet przez chwilę palcami przytrzymywał powieki. Specjalnie, żeby się rozbudzić, przypominał sobie rozmaite śmieszne historie, ale nic nie pomagało. Wreszcie powiedział sobie: „Zdrzemnę się na małą chwilkę. Tylko na moment”.
Zbudził się w głębi nocy. W pierwszej chwili nie wiedział dlaczego, ale zaraz przypomniał sobie, że miał czuwać, bo chciał zobaczyć Świętego Mikołaja. „Czy tylko on nie przyszedł wtedy, kiedy spałem?” Pocieszał się, że niemożliwe. „Przecież to była tylko chwilka”. W tak krótkim czasie Święty Mikołaj nie mógł przyjść. A może jednak? Sięgnął ręką pod poduszkę.
Uspokojony stwierdził, że nie ma tam nic. Ale posłyszał jakiś delikatny szelest papieru nad głową. Sięgnął tam i namacał paczkę. Serce zaczęło mu się tłuc z wrażenia. Usiadł na łóżku, paczkę położył przed sobą na kołdrze i zaczął powoli, możliwie najciszej rozwiązywać sznurek. Ale nie bardzo sobie mógł z tym poradzić. Chciał jak najprędzej dostać się do środka, zaczął szamotać się z węzełkiem i wtedy obudziła się siostra. Tym lepiej, bo już nie trzeba było siedzieć w ciemności. Można było zaświecić lampkę nocną. Po cichutku, żeby nie zbudzić rodziców, wygrzebał się z łóżka, uklęknął na krześle, paczkę położył na stole i zabrał się do rozpakowywania. Siostra naśladowała go dokładnie. Też wyszła z łóżeczka, też uklękła na krześle. Spostrzegł, jak swoim zwyczajem z przejęcia wysunęła języczek, przygryzła zębami i rozwijała powolutku, uważnie papier, aby nie szeleścić. Ale na nic to się nie zdało. Nagle drzwi otworzyły się i wpadła do pokoju mama w nocnej koszuli. Porwała go w objęcia, mówiąc:
- I do mnie przyszedł Święty Mikołaj, popatrz, co mi przyniósł.
Pokazała mu chusteczki do nosa. Potem przyszedł tatuś, przytulił go i pokazał mu skarpety, które on wieczorem podłożył tatusiowi pod poduszkę. Chociaż naprawdę Janek nie był już taki pewny, czy to były te same, które on kupił, czy też „świętomikołajowe” – podobne wątpliwości miał co do chusteczek mamy. Ale nie było czasu na namyślanie się, bo mama zaraz wsadziła z powrotem jego i siostrę do łóżka. Poprawiła, jak to miała w zwyczaju, kołdrę koło szyi i przy nogach, „żeby nie wiało”, pocałowała go, zrobiła mu krzyżyk na czole, zgasiła światło, powiedziała:
- Śpijcie już, śpijcie, bo jutro szkoła – i wyszła po cichu wraz z tatą.
Długo nie mógł usnąć. Jeszcze chwilę szeptali sobie z siostrą rozmaite piękne rzeczy. Potem ona zasnęła. Usłyszał jej głęboki, regularny oddech. Wobec tego patrzył w ciemność i myślał sobie, że chyba bardziej się cieszy z tego, że sprawił mamie i tatusiowi radość, niż z tego, co on sam otrzymał. A właściwie to było i tak, i tak: cieszył się z tego jednego i z tego drugiego. Potem jakoś samo przyszło mu na myśl, że pastuszkowie i trzej królowie też musieli się cieszyć, gdy złożyli Panu Jezusowi dar. Jeszcze wpatrywał się tak po swojemu w ciemność przymrużonymi oczami, widział sznury kolorowych koralików zbiegających z góry na dół i migających wszystkimi barwami, i zasnął.
Po Mikołaju jak co roku zaczęło się przygotowywanie do Bożego Narodzenia. Wieczorami, gdy tylko była jakaś godzina wolna, gdy odrobione były wszystkie zadania i wykonane to, co do niego należało w domu, Janek wyciągał wraz z siostrą pudła z zabawkami i ozdobami choinkowymi i zabierał się do roboty. Po kolei, pudło za pudłem. Po otworzeniu każdego z nich okazywało się, jak wiele jest do zrobienia. Chociaż poprzedniego roku bardzo uważnie zdejmował zabawki z drzewka i z pomocą mamy wkładał do pudła, to jednak były one bardzo zniszczone. Wobec tego na nowo robił wydmuszki, malował na nich twarze pajaców, od góry dolepiał im szpiczaste czapki, a od dołu brody. Wycinał z kolorowego papieru pawie oka, robił jeże, wbijając w korek szpilki z ponawlekanymi koralikami, a co najważniejsze – wiązał łańcuchy. I to rozmaite: ze słomek i z bibuły, ale najmilsze, najprostsze i najtrwalsze były zawsze te same „prawdziwe” łańcuchy sklejane z wąskich pasków kolorowego papieru. Na koniec trzeba było złocić orzechy, powbijać patyczki, przywiązać niteczki. Robota była długa i na pozór uciążliwa. Przynajmniej tak się mamie zdawało, bo niejednokrotnie przypominała i nakazywała, aby nie zaprzestać tej pracy. Ale Janek dziwił się mamie, że tego nie rozumie. Przecież przygotowywanie zabawek na drzewko to była czysta radość. On sam najchętniej codziennie siedziałby wieczorami nad tymi kolorowymi i migocącymi cudownościami. Jeżeli tę robotę odkładał na koniec swoich zajęć to tylko dlatego, że wiedział, że najpierw trzeba było wykonać swoje codzienne obowiązki. Pamiętał dobrze to, co mu mama powiedziała na początku Adwentu: „Jak będziesz niegrzeczny, to się nie narodzi dla ciebie Pan Jezus”. Wobec tego starał się być grzeczny.
Gdy już wszystkie zabawki były przygotowane, posegregowane, powkładane do nowych, świeżych pudeł, zabrał się do najprzyjemniejszej roboty: do odnowienia szopki. Odwinięta z papierów, w które była w ubiegłym roku zapakowana, okazała się do niczego: gwiazda była pogięta, szybki podarte, a pasterze i święty Józef byli trochę osmoleni. Jeżeli co, to mogła tylko zostać Matka Boska i Dzieciątko Jezus. Wobec tego trzeba się było postarać o nową słomę na dach i wreszcie zelektryfikować stajnię – jeżeli nie na transformator, to przynajmniej na baterie – bo świecić świeczkami w tych czasach, to już wstyd.
Tymczasem na ulicach coraz bardziej rozkręcał się świąteczny ruch. Na wystawach były rozmaite święte mikołaje z długimi brodami i krótkimi, ubrane w niebieskie szaty albo czerwone, aniołowie jak prawdziwi, gałęzie jodły z bańkami, świeczkami, prezenty poowijane w kolorowe opakowania, przewiązane błyszczącymi wstążeczkami, przygotowane tak, żeby tylko przyjść, kupić i podłożyć pod choinkę. Wszystkie napisy mówiły o zbliżających się świętach. Popołudniami nawet trudno było wejść do sklepów, bo tylu ludzi wchodziło i wychodziło, przepychało się i potrącało, spieszyło się, by zdążyć nie wiadomo gdzie i po co. Na placach wyrosły kolorowe stragany, gdzie sprzedawano włosy anielskie, gwiazdy, rozmaite cukierki. Wreszcie pojawiły się obok straganów choinki świerkowe, jodłowe, małe, malutkie i całkiem duże. Te lubił najbardziej. Gdy tylko wychodził po zakupy, korzystał z każdej okazji, by podejść do nich, dotknąć ich gałęzi.
„Co to znaczy, że Pan Jezus ma się dla mnie narodzić?” Ta myśl towarzyszyła mu wciąż wtedy, gdy patrzył na wystawy świąteczne, na ludzi spieszących się.
Na koniec tatuś przyniósł do domu choinkę. Uprosili go wraz z siostrą, żeby choinkę postawić tymczasem w ich pokoju. Stała piękna, zielona, pachnąca lasem i żywicą, i czekała, tak jak on, na święta. Nawet wtedy, gdy już zgasło światło i trzeba było spać, chociaż nie można było jej widzieć w ciemności, dobrze mu było z nią.
Aż przyszedł dzień wigilijny. Dom był pełen zapachów rozmaitych zup, ciast, pieczeni. Tylko nie wiadomo dlaczego od samego rana było wszystko w pośpiechu i na wszystko za późno, choć do wieczora była cała masa czasu. Mama co chwila ostrzegała, że trzeba z nią obchodzić się ostrożnie, bo może im obojgu urządzić lanie, a jak dzieci w Wigilię dostaną lanie, to będą je dostawały cały rok. Przypominała, że diabeł dzisiaj wszystko robi, żeby ludzi zezłościć, bo chce popsuć święta.
I mimo to doszło do tego, przed czym mama ostrzegała, doszło do awantury. Oczywiście przez siostrę, którą Janek musiał lekko ukarać. Ona uderzyła w ryk, jak zwykle nie wiadomo o co. Faktycznie zaczęła jej lecieć krew z nosa, ale przecież nic wielkiego się nie stało. W to niepotrzebnie wmieszała się mama. Janek usiłował spokojnie mamie wytłumaczyć, jak było z siostrą od początku do końca, wtedy mama upomniała go, żeby na nią nie krzyczał, bo nie ma prawa podnosić na nią głosu. W to z kolei wkroczył najzupełniej niepotrzebnie tata, zaczął krzyczeć, żeby Janek natychmiast przeprosił mamę. Nie chciał słyszeć żadnych wyjaśnień. Nie dochodziło do niego zupełnie to, co Janek wciąż powtarzał, że chętnie przeprosi mamę, jak tylko będzie wiedział za co. No i Janek musiał chwilę stać w kącie. Uważał, że dzieje mu się krzywda. A co najgorsze, mama się na niego obraziła i nie chciała się do niego odzywać, chociaż on próbował na wszystkie sposoby. Wobec tego Janek też się na mamę obraził. – Jeżeli mama się nie chce odzywać, to nie musi, ale on do mamy też nie będzie mówił nic. Może milczeć, tak jak mama, i udawać, że mamy nie dostrzega, tak samo jak ona jego. – A więc było gorzej niż źle i to w dodatku w taki dzień. Najbardziej był wściekły na siostrę, która naraz stała się ta dobra, najukochańsza i do tego pokrzywdzona. Do pasji doprowadzało go to, że chciała spełniać rolę pośrednika między nim a mamą.
Tak już zostało do samego wieczora. Namyślał się, czy by nie pójść z domu, żeby nie zasiadać przy stole wigilijnym. „Może wtedy by sobie przypomnieli o mnie”. Ale właściwie nie bardzo miał gdzie iść. U wszystkich kolegów była też na pewno Wigilia i byłoby to dla nich niezręczne, gdyby on do nich przyszedł. Wtedy zresztą z pewnością zainteresowaliby się nim rodzice jego kolegów, dzwoniliby do taty Janka. Nie, to nie miało sensu. Po ulicach nie chciało mu się spacerować. Był przed południem po zakupy i zmarzł porządnie.
Do Wigilii, tak jak w roku poprzednim, ubrał się w najlepsze ubranie, zawiązał sobie, bez pomocy mamy, najpiękniejszy krawat. Węzeł nie był z pewnością tak zawiązany, jak być powinien, ale w końcu to nie było ważne i Janek postanowił, że nie odezwie się do nikogo ani słowem. Patrzył na pozór obojętnie, jak mama przygotowywała stół. Najchętniej by jej pomógł, gdyby powiedziała chociaż słowo. Nawet nie musiałaby prosić, tylko mogłaby polecić, żeby zrobił to albo tamto, ale jak nie, to nie. Stał i przyglądał się. Było jak co roku. Mama rozsunęła najpierw stół, potem na środku umieściła trochę siana, przykryła stół najpiękniejszym białym obrusem, jaki tylko był w domu. Z kolei na obrusie, w miejscu gdzie leżało siano, położyła opłatek. Ten widok zawsze, co roku, go wzruszał, bo wiedział, co to znaczy: opłatki oznaczają Pana Jezusa, który się narodził na sianie. Ale teraz stał obojętny i patrzył zimny jak głaz. Potem mama rozkładała talerze z pomocą siostry, która podlizywała się mamie jak mogła i była taka uprzejma, że aż się niedobrze robiło z tych słodkości. Gwiazdka na pewno już dawno zaświeciła na ciemnym niebie, ale jakoś nikt nie pamiętał, by wyglądać przez okno. On pamiętał, ale też nie wypatrywał jej. Gdy wieczerza była gotowa, podeszli wszyscy do stołu. Na koniec podszedł i Janek. Tata i mama uklękli przy stole, ta smarkata też uklękła. Uklęknął i on z ociąganiem. Tego bał się najbardziej. Tata zaczął się modlić na głos, potem wszyscy wstali, tata wziął Ewangelię i zaczął czytać o tym, jak to tam wtedy było. Słuchał tego, co znał prawie na pamięć i było mu bardzo smutno. Tak długo czekał na te święta, tak myślał, że może dla niego Pan Jezus się też narodzi, a tymczasem wszystko się pokiełbasiło i to przez tę głupią srokę.
Gdy tatuś skończył czytać, odłożył Ewangelię, schylił się nad stołem, wziął opłatek, podszedł do mamy, zaczął do niej coś mówić. Janek już nie bardzo słyszał, co tam tatuś mówi, tylko patrzył na mamę. Mama najpierw się uśmiechała, ale najwyraźniej z dużym zażenowaniem, a potem do uśmiechu zaczęły dołączać się łzy. Popatrzył na tatę. On był też bardzo wzruszony, ucałował mamę najpierw w rękę, potem w buzię. Janek wiedział, że kolej na niego. Zrozumiał, że dopiero teraz przychodzi moment najgorszy. Tymczasem nagle znalazł się w objęciach mamy i poczuł, jak wszystko tamto, co było w jego duszy twarde jak skała, znikło. Zrobiło mu się bardzo żal, że był taki niedobry dla mamy, przytulił się do niej i zaczął płakać jak malutkie dziecko. Słyszał tylko jak przez mgłę słowa mamy: „ty głuptasku” i życzenia jakieś: „żeby był grzeczny i żeby się dobrze uczył”. Czuł, że mama wciąż głaszcze go po głowie i najchętniej trwałby tak przytulony do mamy, bo mu było dobrze, a oprócz tego wstydził się: bo jak tu pokazać swoją zapłakaną twarz tatusiowi i siostrze. Ale już znalazł się w ramionach taty, który się tak zachował, jakby niczego nie zauważył, poklepał go po plecach i powiedział jak zwykle:
- Żebyś był dzielnym człowiekiem i żebym ja się nie musiał za ciebie wstydzić.
Janek wciąż miał jeszcze mokre oczy i trudno mu było złapać oddech. Na szczęście przyszła kolej na siostrę, która była zaryczana jeszcze bardziej niż on sam i nie musiał się przed nią niczego wstydzić. Wreszcie trzeba było zasiąść do stołu. Wszyscy udawali, że są bardzo zajęci jedzeniem zupy. Tata nawet pochwalił, że świetna zupa grzybowa, mama z uśmiechem przetykanym łzami odpowiedziała, że to nie świetna zupa grzybowa, najwyżej jest to świetny barszcz, wszyscy się śmiali i udawali, że to ze śmiechu wycierają łzy i było już wszystko bardzo dobrze. Potem było jeszcze jedno danie i jeszcze jedno, i jeszcze jedno – trudno było je zliczyć. Nawet już nie bardzo mógł jeść, ale jadł dalej, choćby dlatego, by ukryć wzruszenie, które wciąż jeszcze nim wstrząsało. Wreszcie pojawił się kompot z suszonych śliwek i to był koniec. Wtedy tata powiedział:
- Janek, baw się w kościelnego i zapal świece.
Wobec tego zaczął zapalać świeczki. Tata zgasił światło i zaczęło się kolędowanie. Janek wziął śpiewnik z kolędami i śpiewał jedną za drugą po kolei, których tylko melodie pamiętał. Siostrzyczka się do niego przytuliła i usiłowała mu wtórować, fałszując niemiłosiernie. Całemu śpiewaniu przewodziła mama, która miała śliczny głos. Tata włączał się tylko od czasu do czasu.
Tak mógłby siedzieć do samego rana i kolędować, ale mama stwierdziła, że już pora spać i że jeszcze moment, a Janek z siostrą pospadają z krzeseł jak gruszki z wierzby, bo im tak lecą głowy. Chociaż to nie była prawda, chętnie poszedł się myć, bo jednak w gruncie rzeczy spać mu się chciało. Za chwilę był już w łóżku, które na początku było zimne, pachniało krochmalem i świeżością jak nigdy w ciągu roku. Mama oświadczyła, że Janek z siostrą zostaną w domu, a ona z tatą pójdzie na pasterkę. A przedtem zrobi tylko porządek w kuchni.
Leżał w łóżku i przez uchylone drzwi patrzył na choinkę błyskającą w ciemnościach wszystkimi swoimi wspaniałościami. Było mu dobrze jak nigdy w życiu, tak dobrze, że najchętniej by umarł ze szczęścia. Przymrużył oczy, jak to miał zwyczaj robić. Kolorowe paciorki mrowiły się z góry na dół coraz bardziej, coraz szybciej, wreszcie tyle ich było, że aż stały się całkiem białe – to już nie były paciorki, tylko zawierucha, która wokół niego się kłębiła. Szedł w niej po omacku, ale wcale się nie bał. Chociaż płatki śniegu wirowały wokół niego, wcale nie czuł ani zimna, ani wiatru, ani śniegu na twarzy, było mu dobrze i ciepło. Szedł wciąż naprzód i nie obawiał się, że zbłądzi. Jeszcze mu tego nikt nie mówił, ani on sobie sam też nie, ale wiedział, że idzie do Jezusa, który się narodził w stajni. Nagle znalazł się na drodze w lesie. Las był podobny do parku, gdzie w lecie bawił się, a w zimie chodził czasem z mamą i siostrą na sanki. Były podobne drzewa i krzaki, tylko wszystkie przysypane grubą warstwą śniegu. Chociaż wiedział, że jest noc, to jednak było jasno – chyba od księżyca – a śnieg się skrzył jak diamenty. Nagle znalazł się na skraju jakiejś polany. W głębi niej zobaczył stajenkę. Była podobna do tej, którą budował w czasie Adwentu. Strzecha przywalona śniegiem, nad nią gwiazda z wielkim ogonem. Światło, które padało przez otwarte drzwi i okna, oświecało krzaki i drzewa stojące w pobliżu. Nagle znalazł się wewnątrz szopki. Klęczał na podłodze stajni. Obok siebie spostrzegł klęczącego tatusia i mamusię oraz siostrę, którzy uśmiechali się do niego. Poczuł się tak samo szczęśliwy jak w czasie Wigilii przy składaniu życzeń. Wtedy przypomniał sobie to, co mama mu powiedziała na samym początku Adwentu, że gdy będzie grzeczny, to Pan Jezus narodzi się dla niego. „Czy Jezus narodził się dla mnie także?” Poczuł, że musi spojrzeć w żłobek. „Jezus tam na pewno jest. Tylko czy ja Go zobaczę?” – przeniknął go głęboki niepokój. Ale przecież powinien zobaczyć. „Przecież przeprosiłem mamę, tatę i siostrę. Przecież starałem się być grzeczny podczas Adwentu”. Pełen determinacji zdecydował się. Z oczami pełnymi łez podniósł głowę – i ujrzał. Na sianku przykrytym białą chustą było Dzieciątko.
ks. M. Maliński

środa, 12 listopada 2014

Elf, który jadł za dużo

Na dalekiej północy żył mały elf, który miał na imię Franek. Franek miał duży problem, ponieważ przed świętami Bożego Narodzenia stawał się smutny i markotny. Żeby zapomnieć o niewesołym nastroju, całymi dniami objadał się. Święty Mikołaj zauważył problem małego elfa i postanowił mu pomóc. Tym bardziej, że Franek przestawał się mieścić w swoje ubranka. Staruszek wiedział, że jego mały pomocnik musi się poczuć wyjątkowy i wyróżniony, więc zlecił mu specjalne zadanie. Franek miał naprawić wszystkie stare i zepsute zabawki. Mały elf był bardzo zadowolony, gdyż wreszcie poczuł się doceniony, a praca pochłonęła go całkowicie. Całe dnie spędzał teraz w warsztacie, reperując zniszczone zabawki. Franek nie objadał się już, ponieważ nie miał czasu na jedzenie. Zaczął zwracać uwagę na to, co je i zdrowo się odżywiał. Dzięki temu wkrótce jego stare ubranka, które od dawna były za małe, stały się świetnie dopasowane. A Święty Mikołaj za każdym razem, gdy widział Franka, uśmiechał się radośnie, bo tylko on znał jego problem i potrafił go rozwiązać.

wtorek, 11 listopada 2014

Deklaracja własnej wartości

"Na pytanie piętnastoletniej dziewczynki, co ma uczynić, aby przeżyć fascynujące życie, odpowiedziałam:

Jestem sobą.
Na całym świecie nie ma nikogo, kto byłby dokładnie taki sam jak ja. Zdarzają się ludzie, którzy są częściowo do mnie podobni, lecz w sumie nikt nie jest taki, jak ja. Dlatego też, cokolwiek robię, jest autentycznie moje, ponieważ ja sama decyduję się na to.
Do mnie należy wszystko, co jest mną – moje ciało, włączając jego funkcje; mój umysł i wszystkie myśli i pomysły; moje oczy oraz wszystko, co widzę; moje uczucia, bez względu na to, czy to gniew, radość, zdenerwowanie, miłość, rozczarowanie czy entuzjazm; moje usta i wszystkie słowa, jakie z nich wychodzą – uprzejme, słodkie, ale tez gburowate, wulgarne, właściwe i niewłaściwe; mój głos, głośny czy ściszony; wszystkie moje uczynki wreszcie, czy względem innych, czy względem siebie samej.
Należą do mnie wszystkie moje wyobrażenia i nadzieje, marzenia i obawy.
Należą do mnie moje osiągnięcia i sukcesy, moje niepowodzenia i błędy.
Ponieważ należę cała do siebie, mogę się gruntownie poznać. Jeśli tak uczynię, pokocham się i zaprzyjaźnię z każdą cząstką mnie, a dzięki temu cała będę mogła działać w swym najlepszym interesie.
Oczywiście, są we mnie rzeczy, które wprawiają mnie w zakłopotanie; są i takie, których jeszcze o sobie nie wiem. Dopóki jednak odnoszę się do siebie z przyjaźnią i miłością, mogę odważnie i z ufnością szukać dróg wyjścia z zakłopotania i sposobów, by poznać się lepiej.
Bez względu na to jak wyglądam i brzmię, cokolwiek mówię i robię, cokolwiek myślę i czuję w danej chwili, wszystko jest mną, czymś autentycznym, co wskazuje, gdzie znajduję się w danym momencie.
Później, gdy będę przeglądać w myśli, jak wyglądałam i brzmiałam, co mówiłam i robiłam, co myślałam i czułam, może się okazać, że niektóre fragmenty nie pasują do całości. Mogę je odrzucić i zatrzymać wyłącznie te, które są odpowiednie. Mogę też wymyślić coś nowego, by zastąpić to, co odrzuciłam.
Widzę, słyszę, czuję, myślę i wiele potrafię. Mam wszystko, co potrzebne, by przeżyć, by być blisko z innymi, tworzyć, znajdować sens i ład w świecie ludzi i spraw obok mnie.
Należę do siebie, a więc mogę się przeprojektowywać do woli.
Jestem wystarczająco dobra, bo chcę otwarcie być sobą.
Jestem sobą. Jestem jak najbardziej w porządku".
Virginia Satir

sobota, 8 listopada 2014

To co mam

Na dwa tygodnie przed świętami Bożego Narodzenia szpital był ostatnim miejscem, w którym chciałam się znaleźć. To była nasza pierwsza Gwiazdka w Minnesocie. Pragnęłam, byśmy ją zapamiętali, ale przecież nie w ten sposób.
Przez całe tygodnie ignorowałam ból w lewym boku, ale było coraz gorzej. Wreszcie poszłam do lekarza.
- To kamienie żółciowe – powiedział. – Musimy natychmiast operować.
Protestowałam, że to najmniej odpowiedni czas na leżenie w szpitalu, ale mój mąż i przyjaciele przekonali mnie i obiecali, że zajmą się wszystkimi sprawami domowymi.
Z trudem otworzyłam oczy po dwóch dniach, które przespałam po operacji. Gdy doszłam trochę do siebie, zobaczyłam pokój szpitalny, który wyglądał jak przystrojona świątecznie kwiaciarnia. Na parapetach królowały czerwone poinsecje, a stosy kartek świątecznych czekały, by je otworzyć. Na stoliku przy moim łóżku stało maleńkie drzewko udekorowane przez moje dzieci. Na półce nad zlewem pyszniły się czerwone róże od moich rodziców i stroik ze świeczkami od naszego sąsiada. Byłam otoczona miłością i troską.
Mąż powiedział mi podczas wizyty, że przyjaciele przynieśli jedzenie dla całej rodziny i zaproponowali, że zaopiekują się czwórką naszych dzieci.
- Mam dla pani jeszcze więcej kwiatów! – usłyszałam głos pielęgniarki, która zaczęła robić miejsce na parapecie wśród poinsecji. – Chyba będziemy musieli wysłać panią do domu – zażartowała. – Już powoli zaczyna brakować miejsca. Pielęgniarka wyjęła z kieszeni fartucha następną partię świątecznych kartek dla mnie.
Zaczęłam czytać życzenia powrotu do zdrowia i wtedy usłyszałam głos:
- No, podobają mi się te kwiaty.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam kobietę, która leżała na sąsiednim łóżku. Była drobną, mniej więcej czterdziestoletnią kobietą z zespołem Downa. Miała krótkie kręcone siwe włosy i brązowe oczy. Gdy się poruszała, szpitalna koszula podnosiła się jej aż do szyi, ukazując nagie ciało. Chciałam jej pomóc, ale wciąż byłam podłączona do kroplówki. Kobieta patrzyła na moje kwiaty z dziecięcym zachwytem.
- Mam na imię Bonnie – powiedziałam. – A ty?
- Ginger – odparła, przewracając w górę oczami i ściągając usta. – Doktor naprawi moją stopę. Jutro mam opii-rację.
Rozmawiałyśmy aż do obiadu. Ginger opowiadała mi o domu, w którym mieszka wraz z innymi niepełnosprawnymi i do którego chciałaby wrócić na gwiazdkowe przyjęcie. Ani razu nie wspomniała o rodzinie, a ja nie pytałam.
Tego popołudnia przyszła cała moja rodzina, razem z naszym niepełnosprawnym pięcioletnim synkiem Adamem. Ginger rozmawiała wesoło ze wszystkimi, opowiadając o moich pięknych kwiatach. Ale głównie patrzyła na Adama.
- No, podoba mi się twój Adam – powiedziała później. I powtarzała to wiele razy, tak samo jak poprzednio o moich kwiatach.
Następnego dnia Ginger miała operacje, a mnie pielęgniarka zabrała na mały spacer po korytarzu. Byłam szczęśliwa, że znów jestem na nogach. Kiedy wróciłam do pokoju, stanęłam w drzwiach i wtedy uderzył mnie niesamowity kontrast między dwiema częściami pokoju. Po stronie Ginger stało starannie zasłane łóżko, ale brakowało tam kartek, kwiatów i odwiedzających. Moja strona pęczniała od kwiatów, stosów kartek z życzeniami i stroików, które przypominały mi, jak bardzo jestem kochana.
Ginger nikt nie przysłał kwiatów ani kartek, ani nikt jej nigdy nie odwiedził. Zastanawiałam się czy pewnego dnia tak samo będzie z Adamem. Szybko pozbyłam się tej myśli i podjęłam decyzję – podaruję Ginger coś swojego.
Podeszłam do okna i spojrzałam na stroik z czerwonymi świeczkami. Pomyślałam jednak, że będzie pięknie wyglądał na naszym świątecznym stole i odłożyłam go. A co z poinsecjami? Swoją głęboką czerwienią wspaniale rozjaśnią wejście do naszego domu. No i oczywiście nie mogę jej podarować róż od mamy i taty.
Usprawiedliwienia przychodziły jedno po drugim: kwiaty zaczynają więdnąć, ofiarodawca się obrazi, przyda się to po powrocie do domu. Nie potrafiłam rozstać się z żadną rzeczą. Potem wróciłam do łóżka, usiłując zagłuszyć wyrzuty sumienia postanowieniem, że jutro zamówię w szpitalnym sklepiku kwiaty dla Ginger.
Gdy Ginger wróciła po operacji, wolontariuszka przyniosła jej mały skromny zielony stroik z czerwoną kokardą i powiesiła go na pustej ścianie nad jej łóżkiem. Tego wieczoru przyszło do mnie jeszcze więcej gości. Ginger, choć dopiero dochodziła do siebie po operacji, witała się ze wszystkimi i z dumą pokazywała swój stroik.
Następnego ranka przyszła pielęgniarka, by powiedzieć, że Ginger wraca do domu opieki, a samochód jest już w drodze.
Oznaczało to, że Ginger wróci na czas, by wziąć udział w świątecznym przyjęciu. Cieszyło mnie to, lecz mimo wszystko czułam się winna. Szpitalny sklepik wciąż był zamknięty. Raz jeszcze spojrzałam na swoje kwiaty. Czy mogę się z nimi rozstać?
Pielęgniarka przyprowadziła wózek, a Ginger zebrała swoje drobiazgi i wyciągnęła z szafy płaszcz.
- Naprawdę się cieszę, że cię poznałam, Ginger – powiedziałam. Moje słowa były szczere, lecz wyrzucałam sobie, że nie potrafię inaczej wyrażać swoich uczuć.
Pielęgniarka pomogła jej włożyć płaszcz i usiąść na wózku. Potem zdjęła ze ściany stroik, podała go jej i skierowała wózek do drzwi.
- Zaczekaj – zawołała Ginger.
Wstała z wózka i pokuśtykała wolno w moją stronę. Wyciągnęła prawą rękę i delikatnie położyła stroik na moich kolanach.
- Wesołych Świąt. Jesteś miłą panią – powiedziała i uścisnęła mnie.
- Dziękuję – wyszeptałam.
Nie potrafiłam wykrztusić z siebie niczego więcej. Ginger usiadła na wózku i wyjechała z pokoju.
Gdy spojrzałam na mały stroik, miałam łzy w oczach. Przecież to był jej jedyny prezent. A ona dała go mnie.
Popatrzyłam na jej łóżko. I znów było tam pusto i smutno. Ale słysząc trzask zamykanych drzwi od windy, wiedziałam już, że Ginger ma dużo, dużo więcej niż ja.

Bonnie Shepherd

wtorek, 4 listopada 2014

Człowiek i kąty

Pewien człowiek nagle odkrył, że utkwił w jednym miejscu. Rozejrzał się i zobaczył, że siedzi w kącie i nie ma drogi powrotnej. Zrobiło mu się bardzo smutno. Człowiek przygotował się na śmierć. I traf chciał, że przechodził tamtędy drugi człowiek, zobaczył tego pierwszego i powiedział:
- Kąty nie istnieją, sam sobie wymyśliłeś kąt i sam w nim usiadłeś.
Pierwszy człowiek się nie zgodził. Wówczas drugi powiedział:
- Może masz rację, ale zastanów się, z czego będziesz miał więcej pożytku – z prawdziwego twierdzenia, że jesteś w kącie czy z fałszywego, że kąty nie istnieją?
Pierwszy człowiek obiecał, że się zastanowi. Długo myślał, wahał się, a potem wstał i ruszył z miejsca. Najpierw nie bardzo wiedział, co się dzieje i dokąd idzie. A kiedy pewnego dnia rozejrzał się wokół, to zauważył, że świat dookoła niego jest jakiś inny i on sam też jest jakiś inny. Człowiek uśmiechnął się szczerze – po raz pierwszy od bardzo dawna.

Pewnego razu inny człowiek zorientował się, że znajduje się w kącie. Więc położył się i usnął. Śnił mu się sen, że wciąż idzie i nie ma żadnych kątów. Tak mu się to spodobało, że postanowił się nie budzić.

Jeszcze inny człowiek znalazł się w kącie. Zrozumiał, że nie ma siły się z niego wydostać. Postanowił wówczas, że kąt jest celem jego drogi. I przekonał do tego innych ludzi. I siebie też.

Inny zaś człowiek też utknął w kącie. Podjął decyzję, że będzie z nim walczył. Walczył tak i walczył, wynajdując wciąż nowe techniki walki. Z czasem zapomniał, że kiedyś miał całkiem inne plany.

A jeszcze inny człowiek również trafił do kąta. Odkrył, że nie jest w tym kącie sam. Nawiązał tam kontakt z innymi ludźmi, poznał ich historie, okazał współczucie. Z wzajemnością. Poczuł nawet pewną wspólnotową więź. Z czasem tak bardzo się zaangażował w sprawy wspólnoty, że nie miał już czasu myśleć o kątach. I w głębi duszy bardzo go to cieszyło.
po pierwsze ludzie

niedziela, 2 listopada 2014

Po co?

Wędrowiec szedł sobie drogą zachwycając się krajobrazem i ciesząc się życiem. Nagle zobaczył człowieka, który zgięty wpół dźwigał coś niewyobrażalnie ciężkiego.
- Po co się skazujesz na te męki? – zapytał wędrowiec.
- Haruję i cierpię po to, by moje dzieci i wnuki były szczęśliwe, - odparł człowiek. – Mój pradziad harował i cierpiał przez całe życie, aby mój dziadek był szczęśliwy. Dziadek cierpiał dla ojca, ojciec dla mnie, a ja będę pokutował przez całe swoje życie, by moje dzieci i wnuki zaznały szczęścia.
- A czy był ktoś szczęśliwy w twojej rodzinie? – spytał wędrowiec ostrożnie.
- Nie, ale moje dzieci i wnuki na pewno będą! – odpowiedział nieszczęśliwy człowiek.
- Analfabeta nie nauczy nikogo czytać, a kret nie wychowa orła! – powiedział wędrowiec, - naucz się najpierw sam być szczęśliwy, wówczas zrozumiesz jak uczynić szczęśliwymi swoje dzieci i wnuki. Będzie to najcenniejsze, co możesz im dać.



po pierwsze ludzie

Sztuka zabijania smoków

Pewnego razu w małej górskiej wiosce żył sobie chłopiec. Zdolny, zwinny i mądry. Szybko się uczył wszystkiego, czego mogli nauczyć go dorośli, mieszkający razem z nim w wiosce. Chłopiec nauczył się robić naczynia z gliny, odzienie z przędzy, łowić ryby, polować i dosiadać konia.
Pewnego razu do wioski zawitał starzec mieszkający na szczycie najwyższej góry i rzekł do chłopca:
- Umiesz już wszystko to, czego mogą nauczyć cię twoi krewni. Chodź teraz ze mną, a ja nauczę cię sztuki zabijania smoków. To bardzo finezyjna prastara umiejętność, zdobycie jej wymaga wiele czasu, sił i chęci. Niewielu jest w stanie posiąść tę sztukę, ale ty jesteś wyjątkowy.
Chłopiec się zgodził.
Starzec zabrał go z wioski do starego zamczyska i tam uczył chłopca sztuki zabijania smoków. Wiele lat minęło, nim chłopiec zdobył niezbędne umiejętności i nawyki. Nawet po śmierci starca, trenował sumiennie wiele godzin dziennie, pamiętając o radach swojego nauczyciela.
Nadszedł dzień, w którym zrozumiał, że posiadł już sztukę zabijania smoków. Wyruszył wówczas w podróż. Obszedł wszystkie lasy na ziemi, wszystkie pola i kraje w poszukiwaniu smoków, ale nigdzie nie znalazł ani jednego. Wówczas postanowił wejść na najwyższy szczyt i obejrzeć ziemię z wysokości. Poświęcił na wspinaczkę kilka lat swojego życia, ale również patrząc z najwyższego szczytu nie ujrzał żadnego smoka. Zrozumiał wtedy, że na ziemi nie ma już smoków.
Zszedł zatem ze szczytu góry do małej wioski, w której znalazł mądrego i najbardziej utalentowanego chłopca, który dawno już umiał wszystko, czego mogli nauczyć go dorośli mieszkańcy wioski i zaczął go uczyć sztuki zabijania smoków.



po pierwsze ludzie

czwartek, 23 października 2014

Szczeniaki na sprzedaż

Właściciel sklepu przytwierdził nad wejściem tabliczkę z napisem:
„Szczeniaki na sprzedaż”. Takie ogłoszenia zazwyczaj przyciągają dzieci,
toteż niebawem w sklepie pojawił się mały chłopiec.
- Po ile pan sprzedaje swoje szczeniaki?
- zapytał. – Tak po 30 do 50 dolarów – odparł właściciel.
Chłopczyk sięgnął do kieszeni i wydobył z niej kilka drobnych monet.
- Mam 2 dolary i 37 centów
- powiedział. – Czy mógłbym zobaczyć te pieski, proszę pana?
Sprzedawca uśmiechnął się i zagwizdał. Z budy wyszła Lady.
Truchtem pobiegła przez sklep, a za nią potoczyło się pięć
malusieńkich, drobniuteńkich kuleczek. Jedno ze szczeniąt wyraźnie
zostawało w tyle. Chłopiec natychmiast wskazał na nie nadążającego
za resztą, kulejącego psiaka i spytał:
- Co mu się stało?
Właściciel wyjaśnił mu, że badał go już weterynarz i okazało się, że
psiak ma niewłaściwą budowę biodra. Zawsze już będzie kulał, na zawsze pozostanie kaleką. Chłopiec zapalił się natychmiast.
- Właśnie tego szczeniaka chciałbym kupić!
- oznajmił. – Nie, nie. To niemożliwe, byś chciał kupić tego pieska -
odparł sprzedawca. – Jeśli naprawdę ci na nim zależy, po prostu ci go dam.
Chłopczyk wyglądał na poważnie zdenerwowanego. Spojrzał właścicielowi
prosto w oczy i wskazując palcem, odezwał się: – Nie chcę, żeby pan mi
go dawał. Ten piesek jest wart co do grosza tyle samo co pozostałe
szczeniaki i zapłacę za niego całą sumę. Właściwie, to zapłacę panu
teraz tylko 2 dolary i 37 centów, lecz co miesiąc będę przynosił 50 centów,
dopóki go nie spłacę. Sprzedawca zaoponował:
- Ależ ty nie możesz chcieć takiego psa. On nigdy nie będzie mógł biegać, skakać, bawić się z tobą tak, jak inne szczeniaki. Chłopczyk schylił się
i podwinął lewą nogawkę spodni, odsłaniając kaleką nogę, wspieraną dużą metalową klamrą. Spojrzał na właściciela sklepu i odparł cicho: – Cóż, ja sam dobrze nie biegam, a ten szczeniak potrzebuje kogoś, kto to zrozumie!
Dan Cla

środa, 1 października 2014

Anioły śniegu

.. To była moja pierwsza w życiu burza śniegowa. Chociaż widziałam śnieg podczas rzadkich wizyt w tych górach, nigdy przedtem nie widziałam jak pada. A padało jak noc długa. W końcu wszyscy zasnęliśmy. Spałam niezbyt mocno z powodu gwałtownych porywów wiatru, które trochę mnie niepokoiły. Rano uświadomiliśmy sobie powagę naszej sytuacji. Chata była położona powyżej terenu regularnie oczyszczanego przez pługi śnieżne. Na naszym odizolowanym odcinku drogi padający gęsto śnieg pokrył wszystkie samochody i jezdnię białą kołdrą, piękną, lecz lodowatą.
Nawet my nowicjusze, wiedzieliśmy, że niemożliwe jest oczyszczenie drogi. Mężczyźni przekopali ścieżkę do samochodów i omietli je, lecz byliśmy beznadziejnie daleko, odcięci od drogi. Lękliwie spoglądaliśmy po sobie. A co, jeśli …? Mieliśmy dość żywności na jeszcze jeden posiłek, lecz nie więcej. Myśl o tym, że moglibyśmy zostać zasypani przez śnieg, przeraziła nas. Byłam jedyną chrześcijanką w naszej grupie. Dlatego zaczęłam się cicho modlić o Bożą opiekę i o to, by przysłał pług do naszego obozu. Biorąc pod uwagę odosobnienie, spełnienie mojej modlitewnej prośby byłoby naprawdę zdumiewające, lecz nie ustawałam aż do chwili, gdy poczułam spokój, który może dać tylko Bóg. Pozostali niepokoili się coraz bardziej i zerkali nerwowo na zachmurzone niebo i nieprzejezdną drogę. Śnieg wciąż padał równomiernie i cicho. Zajęliśmy się oczyszczaniem i pakowaniem rzeczy do odśnieżonych samochodów, którymi mieliśmy nadzieję zjechać w dół. Jakiś czas potem usłyszeliśmy cudowny dźwięk, który wesoło przebijał się w ciszy padającego śniegu. Ciężki pług wtaczał się, sapiąc, na nasze wzgórze.
Kierowca powiedział do nas:
- Nigdy wcześniej nie wjeżdżałem tak wysoko, lecz ciągle słyszałem, jak coś w głowie mówi mi: „Jedź dzisiaj na szczyt”. No i jestem. Słowo „anioł” oznacza „zwiastun wysłany, by spełnić wolę Boga”. Nigdy nie widziałam anioła, lecz czułam, że kierowca, który przybył do nas na polecenie Boże, jest naszym osobistym śnieżnym aniołem. To Ojciec Niebieski, który widzi wszystko i odpowiada na wszystkie potrzeby z cierpliwością i wielką troską. Kiedy liderki naszego obozu pakowały artykuły kuchenne, jedna z nich zagadnęła mnie:
- Zastanawia mnie, co sprawiło, że kierowca pojechał tak daleko?
Uśmiechnęłam się tylko i powiedziałam:
- Modliłam się o to.
Linda Claire Scott

niedziela, 14 września 2014

Przyjaciele


Pewnego dnia, był to jeden z pierwszych dni w nowym liceum, zobaczyłem chłopaka z mojej klasy wracającego do domu. Nazywał się Kyle. Wyglądało na to, że niósł ze sobą wszystkie książki. Pomyślałem sobie: „Dlaczego ktoś, w piątek, miałby nieść do domu wszystkie swoje książki? To musi być skończony osioł.” Miałem sporo planów na ten weekend (imprezy, mecz futbolowy jutro
po południu), więc wzruszyłem ramionami i poszedłem dalej. Kiedy szedłem zobaczyłem grupę dzieciaków biegnących w jego stronę. Wpadli na niego, wyrwali mu z rąk wszystkie książki i podstawili nogę, tak że wylądował w kurzu. Jego okulary poleciały w powietrze i zobaczyłem jak wylądowały w trawie około pięciu metrów od niego. Spojrzał w górę i zobaczyłem bezgraniczny smutek w jego oczach. Moje serce wyrwało się ku niemu, więc podbiegłem do niego, a kiedy czołgał się, rozglądając się wkoło w poszukiwaniu swoich okularów, zobaczyłem w jego oczach łzy. Podałem mu okulary i powiedziałem: – Ci faceci to dupki. Powinno się im dokopać! Spojrzał na mnie i powiedział:- Hej, dzięki! Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, jeden z tych uśmiechów wyrażających prawdziwą wdzięczność. Pomogłem mu pozbierać książki i zapytałem gdzie mieszka.
Okazało się, że mieszka niedaleko mnie, więc zapytałem dlaczego nigdy wcześniej go nie widziałem. Powiedział, że wcześniej chodził do szkoły prywatnej. Nigdy wcześniej nie kolegowałem się z chłopakiem ze szkoły prywatnej. Całą drogę do domu rozmawialiśmy, a ja pomogłem mu nieść książki. Okazało się, że był całkiem fajnym chłopakiem. Zapytałem czy nie chciałby pograć z moimi przyjaciółmi w piłkę. Odpowiedział, że tak. Trzymaliśmy się razem przez cały weekend, a im lepiej poznawałem Kyle’a, tym bardziej go lubiłem. Tak samo myśleli o nim moi przyjaciele. Nastał poniedziałkowy poranek, a Kyle znów szedł z naręczem swoich książek. Zatrzymałem go i powiedziałem: – Jeśli codziennie będziesz nosił te książki, dorobisz się niezłych muskułów! Roześmiał się tylko i podał mi połowę książek. W ciągu następnych czterech lat, Kyle i ja bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Kiedy staliśmy się seniorami, zaczęliśmy myśleć o pójściu na studia. Kyle zdecydował się na Georgetown, a ja wybierałem się do Duke. Wiedziałem, że na zawsze pozostaniemy przyjaciółmi i że ta odległość nigdy nie będzie problemem. On zamierzał zostać lekarzem, a ja chciałem dostać sportowe stypendium. Kyle miał wygłosić mowę pożegnalną na zakończeniu roku, więc musiał się przygotować. Drażniłem się z nim, mówiąc że jest kujonem. Byłem bardzo zadowolony, że to nie ja będę musiał stanąć na podium i wygłosić mowę. Na zakończeniu roku, zobaczyłem Kyle’a. Wyglądał wspaniale, był jednym z tych facetów, którzy odnaleźli się podczas nauki w szkole. Przybrał na wadze i właściwie, to wyglądał dobrze w okularach. Miał więcej randek niż ja i kochały go wszystkie dziewczyny. Matko, czasami byłem zazdrosny! Dzisiaj był jeden z tych dni. Widziałem, że denerwował się mową. Więc szturchnąłem go w plecy i powiedziałem: – Hej, wielkoludzie! Będziesz wspaniały! Spojrzał na mnie z jednym z tych wyrazów twarzy (tym wyrażający wdzięczność) i uśmiechnął się.
- Dziękuję – Powiedział. Kiedy rozpoczął swoją mowę, odchrząknął kilka
razy i zaczął:
-Zakończenie roku, jest czasem kiedy dziękujemy ludziom, którzy nam pomogli przejść przez te trudne lata. Swoim rodzicom, nauczycielom, rodzeństwu, może trenerom… ale najbardziej swoim przyjaciołom. Chcę wam powiedzieć, że bycie przyjacielem jest najlepszym darem jaki możecie im dać. Zamierzam opowiedzieć wam pewną historię. Spojrzałem z niedowierzaniem na mojego przyjaciela, kiedy opowiedział o dniu, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Podczas tamtego weekendu zamierzał się zabić. Opowiedział w jaki sposób opróżnił swoją szafkę, żeby jego mama nie musiała później tego robić, i jak niósł swoje rzeczy do domu.
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się słabo. – Dzięki Bogu, zostałem uratowany. Mój przyjaciel uratował mnie przed zrobieniem tej strasznej rzeczy. Usłyszałem szept rozchodzący się po tłumie, kiedy ten przystojny, popularny chłopak opowiadał o swojej słabości. Zobaczyłem jego mamę i tatę uśmiechających się do mnie w ten sam, pełen wdzięczności sposób. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z jego głębi.
Nigdy nie oceniaj zbyt nisko swoich czynów. Jednym
drobnym gestem, możesz odmienić życie innej osoby.
Na lepsze lub na gorsze. Bóg stawia nas na czyjejś
drodze, abyśmy w jakiś sposób wpłynęli na życie
innej osoby. Szukaj Boga w innych.
„Przyjaciele są jak anioły, które stawiają nas na nogi,
kiedy nasze skrzydła zapomniały jak się lata.”
Nie istnieje żaden początek ani koniec…
Dzień wczorajszy jest historią.
Jutrzejszy – tajemnicą.
Dzisiejszy jest – darem.

sobota, 19 lipca 2014

Najważniejsze niewidoczne

Przed kilku laty była sobie fabryka, która produkowała misie.
Każdy z nich był inny, ale każdy tak samo śliczny i milutki. Małe
dzieci uwielbiały te misie, rodzice kupowali im je na urodziny,
imieniny i Gwiazdkę. Każde dziecko od razu umiało pokochać swojego
misia i uważało go za swojego największego przyjaciela. Tylko jeden
misio był nieudany. Został uszyty z samych resztek materiału. Miał
jedno uszko różowe, drugie zielone, tułów w kwiatki, nóżki w kratkę.
Nosek zamiast czarnego wyszedł niebieski, a oczy, robione już z
ostatnich skrawków, były żółte. Misio ten był bardzo miły w dotyku.
Cieplutki i aksamitny, ale nikt tego nie widział, bo nikt nawet nie brał
go do ręki. Biedny Brzydki Misio widział, jak jego koledzy szybko
opuszczają sklepowe półki i trafiają do wesołych, uśmiechniętych dzieci, które
bardzo je kochają. Sam stał samotny, już troszkę zakurzony
i myślał sobie: To nic, że mnie nikt nie chce. Najważniejsze, że moi
koledzy trafiają w dobre ręce. Minęła kolejna Gwiazdka i misia nadal
nikt nie kupował, aż pewnego dnia do sklepu weszła mała, może
sześcioletnia dziewczynka. Miała na nosie ciemne okulary, chociaż
tego dnia wcale nie było słońca, a w rączce białą, plastikową laseczkę,
chociaż wcale nie była staruszką. Weszła do sklepu ze swoją mamą.
Poprosiły o misie. Dziewczynka była niewidoma. Nic nie widziała. Nie
znała ani kolorów, ani nigdy nie widziała tęczy, nie umiała sobie
wyobrazić lecących w powietrzu ptaków, ale za to wszystko umiała
zobaczyć rączkami. Wzięła do rączki najpierw bielusieńkiego misia.
Najładniejszego ze wszystkich. Pomacała jego odstające uszka, dotknęła
łebka; I wzięła następnego, szarego. Ten też nie przypadł jej do gustu,
bo miał troszkę ostre zakończenia łapek. Na samym końcu
ekspedientka położyła Brzydkiego Misia, bo i tak nie liczyła, że
kiedyś ktoś go kupi. – To ten mamusiu! – krzyknęła głośno
dziewczynka – To jest mój misio. Mój piękny kochany misiaczek
- i z całej siły go przytuliła, a potem pocałowała w brzydki,
niebieski nosek. Od tej pory dziewczynka i misio nie rozstawali
się nigdy. Na leżakowaniu spali pod jedną kołderką,
u dentysty dziewczynka ściskała jego łapki, a kiedy trudno jej było
coś zrobić, zawsze pytała o radę swojego przyjaciela. Inne dzieci
śmiały się, kiedy widziały, jakiego brzydala ze sobą nosi. Ale
dziewczynka każdemu proponowała, żeby wziął misia do ręki. I
wtedy działo się coś dziwnego. Przestawał wydawać się brzydki.
Wszystkie dzieci zazdrościły dziewczynce. Pytały ją często skąd
wiedziała, że ten misio jest taki cudowny, tak kochany. Przecież
nie mogła tego zobaczyć, bo jest niewidoma. A ona zawsze
im odpowiadała: – Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

niedziela, 8 czerwca 2014

Koszula




Był sobie pewien król, bardzo bogaty. Miał liczne pałace, wypełnione bogactwem skarbce, piękną i mądrą żonę, oraz uroczą córkę i przystojnego syna. Miał też liczną służbę. Na jego dworze często odbywały się bale i turnieje rycerskie. Wszystkim ludziom w królestwie powodziło się dobrze, bo król dbał o swych poddanych. Wieści mądrym i hojnym królu rozchodziły się po całym świecie. Pewnego dnia król zapadł na nieznaną chorobę. Stracił apetyt i szybko tracił na wadze. Przestały bawić go bale, polowania, niechętnie przyjmował delegacje. Wszyscy w królestwie ubolewali z tego powodu, ale nadal żyli w dostatku i bezpieczeństwie. Zwołano wszystkich medyków w kraju, ale nikt nie miał leku. Król był coraz słabszy i coraz smutniejszy. Podawano królowi różne cud eliksiry, przystawiano pijawki, stosowano kąpiele i nic. Pewnego dnia zjawił się starzec z długą brodą, w podartej kapocie, ze startym od drogi kosturem. Poprosił o kubek wody. Służba podała mu wodę bez żadnych problemów, w zamian za to starzec zobowiązał się dać receptę na chorobę króla.

Dopuścili starca do króla. Ten popatrzył na Władcę i powiedział:
- Król jest chory na brak szczęścia. Jedynym lekiem, który mu pomoże jest koszula szczęśliwego człowieka. Król musi włożyć na siebie koszulę szczęśliwego człowieka.
Zdziwienie zapanowało ogólne. Jak to król ten, co ma wszystko; bogactwo, armię, wiedzę, jest nieszczęśliwy. Król po namyśle odparł, że starzec ma rację. Właściwie to teraz i on odczuwa przyczynę choroby. Znudziło go bogactwo, bale, polowania i wszystkie inne przywileje królewskie. Przestał czerpać radość z życia.

Skoro znana była diagnoza z radością stwierdzili dworzanie, że uzdrowić króla jest prosto. W takim królestwie wszyscy są szczęśliwi. Jednak, aby zachować odpowiedni prestiż zwrócili się o koszulę do premiera, jako drugiego po królu. Niestety, premier był człowiekiem wielce nieszczęśliwym, właśnie ostatnio zaczął mocno łysieć i nie pasowała na niego żadna peruka. Poszli więc dworzanie do hetmana. Ten z kolei miał inne nieszczęście. Od ciągłego przesiadywania na ucztach strasznie się roztył i jego złota zbroja zrobiła się zbyt ciasna. Przeszli dworzanie od ministra do ministra. Każdy był nieszczęśliwy z jakiegoś powodu. Jednego bolały zęby, drugi miał chroniczny katar, trzeci tracił z wolna wzrok, innego żona nie miała już 20 lat, jak w dniu ślubu.

Ruszyli dworzanie szukać szczęśliwego człowieka w kraju. Okazało się że wszyscy są z jakiegoś powodu wielce nieszczęśliwi. Ów miał mniej od sąsiada, inny był za młody. Ktoś miał za mało, inny za dużo.

Po wielu tygodniach szukania wracali dworzanie zmęczeni, znużeni, zawiedzeni. Kilka wiorst od zamku zatrzymali się na postój, żeby przygotować się do przekazania złych wieści i zdać sprawę z nieudanej misji.
Gdy tak siedzieli ponuro przechodził koło nich podśpiewując parobek. Z uśmiechniętą twarzą skłonił się nisko panom. Dworzan rozdrażnił pogodny wygląd pachołka, wtedy gdy cały kraj taki nieszczęśliwy i w żałobie. Jeden z dworzan grubiańsko spytał:
- I z czego się śmiejesz, chamie?
W odpowiedzi usłyszał:
- Bo jestem szczęśliwy.

Zdziwili się wielce dworzanie? Jak to, ty taki parobek jesteś szczęśliwy. Taki biedak, a z czego tyś taki szczęśliwy.
- Jak to panie - odrzekł parobek - słońce dziś pięknie świeci, a mnie do siana. Ptaszki miło świergocą i drogi ubywa.
- No dobrze - rzekli - dziś wydaje ci się, że jesteś szczęśliwy, a jak jutro spadnie deszcz.
- Panie, też będę szczęśliwy. Ziemia da lepsze plony, a ja odpocznę sobie.
Uświadomili sobie, że właśnie znaleźli to czego szukali.
Cudowny lek dla króla jest tuż obok nich, nie wrócą z pustymi rękoma. Ucieszyli się wielce. Zapytali więc ile chce pieniędzy za swoją koszulę. Wyjęli sakwę złotych monet, za którą mógłby kupić całą wieś. Opowiedzieli o królu i swojej misji. Wtedy znikł uśmiech z twarzy pachołka.
- Oddałbym królowi wszystko darmo - powiedział - ale koszuli nie mam.

Jorge Bucai

piątek, 6 czerwca 2014

Piękne serce

Pewien młodzieniec chwalił się że ma najpiękniejsze serce w dolinie. Chwalił się nim na rynku i zebrał się ogromny tłum by je podziwiać bowiem było w swym kształcie perfekcyjne. Nie miało żadnej skazy, było przepiękne, gładkie błyszczące. Biło bardzo żywo. Chłopak krzyczał na cały głos że nikt nie ma piękniejszego serca od niego i wszyscy mu potakiwali bowiem jego serce było idealne. Jednak w pewnym momencie jakiś starzec z tłumu krzyknął: Dlaczego twierdzisz że twoje serce jest najpiękniejsze skoro moje jest o wiele piękniejsze od twojego. Młodzieniec bardzo się zdziwił słysząc te słowa a potem spojrzał na serce starca i się zaśmiał. Serce starca biło bardzo żywo, być może nawet żywiej od serca młodzieńca, ale było to serce poorane rozlicznymi bruzdami, serce w którym było wiele brakujących kawałków. Wiele też w nim było kawałków które do tegoż serca nie pasowały. Było to serce brzydkie które w żaden sposób nie mogło się równać z nieskazitelnym sercem młodzieńca. Chłopak zapytał się dlaczego starzec uważa że jego serce jest piękniejsze skoro wszyscy widzą, że nie jest ono nawet w części tak piękne jak jego własne serce.


Wtedy starzec rzekł, że w życiu nie zamieniłby tego serca na serce młodzieńca. Powiedział też aby młodzieniec spojrzał na jego serce i wskazując na blizny rzekł. Widzisz te blizny i brakujące kawałki. Nie ma ich tu dlatego, że ofiarowałem je z miłości dla wielu osób a niesie to ryzyko bo często się zdarza, że sami ofiarowujemy uczucie dla innych, ale oni nie dają nam nic w zamian. Stąd te blizny bo choć dałem im część swojego serca, oni nie dali mi nic. Jeśli natomiast spojrzysz uważnie dostrzeżesz, że wiele kawałków do mojego serca niezupełnie pasuje. Są to kawałki serca innych, które oni mi ofiarowali i które znalazły stałe miejsce w moim sercu. Dlatego moje serce jest piękniejsze od twojego. Natomiast te bruzdy, które widzisz zrobili ludzie nieczuli, ludzie, którzy mnie zranili. Wtedy młodzieniec spojrzał na starca, zrozumiał i zapłakał. Potem wziął kawałek swojego przepięknego serca i ofiarował go starcowi, a starzec zrobił to samo. Padli sobie w ramiona i rozpłakali się po czym odeszli razem w wielkiej przyjaźni. Młodzieniec włożył część serca starca do swojego serca w miejsce brakującego kawałka który dał starcowi. Ten nowy kawałek pasował tam, choć nie idealnie, co zmąciło doskonałą harmonię serca młodzieńca. Nigdy jednak wcześniej serce młodzieńca nie było tak piękne jak w tym momencie i młodzieniec dopiero teraz to zrozumiał.
„Pracuj tak, jakbyś nigdy nie potrzebował
pieniędzy, tańcz tak jakby nikt na ciebie
nie patrzył i zawsze kochaj tak jakbyś
nigdy wcześniej nie kochał”

środa, 4 czerwca 2014

Głupcy

Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, a może znacznie bliżej, niż nam się wydaje, jest jezioro łez. Strugi łez z ludzkich oczu płynące - tam znajdują swój koniec, zanim w łzawe chmury zamieni je słońce. Nad jeziorem łez panuje zazwyczaj cisza. Czasem tylko w trzcinach potrzos załka, czasem jaskółka piśnie żałośnie, czarną kreską przecinając niebo. Pewnego razu jednak świat jeziora został odmieniony. Czterej głupcy wypłynęli bowiem łodzią na szerokie jego wody. Płynęło im się dobrze. Wielka radość wypełniła dusze głupców. Pieśń więc jęli śpiewać, chwalić wodę słoną, dobry wiatr ciągnący łódkę niczym rączy konik. Aż świat jeziora zaczął się uśmiechać. Aż jaskółki zaszczebiotały żartem, roześmiał się potrzos. Aż bladoniebieskie niebo nabrało rumieńców. Wówczas odezwał się Pierwszy Głupiec:
- Bracia, toż to nie uchodzi! Więcej empatii! Płyniemy przecież jeziorem łez!
Poczuli się głupcy głupio. Cicho zapłakali. A potem głośniej, bo podsycali w sobie żal i poczucie winy za to, że tak radośnie sobie poczynali
Wtedy odezwał się Drugi:
- Ach, ach, pomyślcie, płyniemy sobie, płyniemy, a przecież to jezioro wcale nie powinno istnieć! Pomóżmy światu, niech to jezioro zniknie! Żadnych łez więcej!
Zaczęli więc ogniska palić, ziemię nosić, groble stawiać. Cuda istne gotowi czynić, byleby znikło jezioro. Ono jednak zniknąć nie chciało, może po prostu nie mogło, przez strugi łez ludzkich zasilane.
- Póki leją się łzy ludzkie, na nic nasza praca. Trzeba ludziom płaczu zakazać! - wykrzyknął Trzeci Głupiec sądząc, że oto znalazł proste rozwiązanie.
Wdali się głupcy w wielką politykę. Nawet spore wpływy zdobyli. A wszystko pod hasłem: Świat ma być szczęśliwy! Wydano nawet parę stosownych dekretów. Bo Głupcy - jak to głupcy - wierzyli w dekrety. Tak trzej Głupcy dziarsko i chwacko działali, a wszystko w imię empatii, dobroci i pomocy światu. Tylko Czwarty Głupiec, najmłodszy, co jeszcze nie zdążył zgłupieć porządnie (choć bardzo starszym zazdrościł solidnej głupoty), siedział spokojnie, nogi sobie moczył. Gdy zaś pozostali zaczęli go do roboty pędzić, rzekł:
- Nie każde łzy są łzami smutku, nie każdy smutek rodzi się z bólu, nie każdy ból jest zły. A jeśli już koniecznie chcecie rozweselić to jezioro, co może uczynić byle głupiec, to zróbmy tak, jak na samym początku, akceptując jezioro łez i siebie takimi, jakimi byliśmy.
A na to trzej pozostali głupcy chórem:
- Nie wymądrzaj się!

Mysz

Na brzegach rzek preryjnych oraz na skraju dużych lasów rośnie krzak fasoli. Jeżeli nie znajdzie żadnego oparcia, by piąć się do góry, jego gałązki rozrastają się po ziemi. A wtedy krzak ten wpuszcza do gleby swoje strąki (z jednym tylko ziarenkiem fasoli w środku). Indianie bardzo chętnie jedzą ten gatunek fasoli. Ugotowana, zmiażdżona i zmieszana z mięsem zmienia każdy posiłek w świąteczną ucztę. Dlatego też na jesieni indiańskie kobiety próbują zebrać jak najwięcej fasoli.
Ale nie jest to wcale takie łatwe. Gałęzie krzaków fasoli są gęsto ze sobą splątane i mocno zakorzenione w glebie. Zamykają w swoich kleszczach wszystko to, co rośnie pod spodem. Jak więc w takich warunkach wysłane przez matkę indiańskie dziecko ma napełnić swój kosz fasolą?
Ale indiańskie dzieci są bardzo mądre. Zaobserwowały one, że polnej myszy fasola tak samo smakuje jak im. Dlatego też nazywają ją fasolową myszką. Na jesieni zbiera ona całe mnóstwo ziaren fasoli w swoich podziemnych korytarzach. Kiedy łąka zasypana zostanie grubą warstwą śniegu podczas mroźnej zimy, myszka ma pokaźne zapasy, dzięki którym może przetrwać. Indiańskie dzieci skradają się jesienią nad brzegami rzek i lasów, obserwują zarośla, by znaleźć norki fasolowej myszki. Jeżeli są dość cierpliwe – a indiańskim dzieciom nie brakuje wytrwałości i cierpliwości – wtedy dostrzegają małe, brązowe myszki, które biegają w różne strony i niosą w zębach ziarenka fasoli. Szybko biegną do swoich podziemnych korytarzy, za chwilę już wracają i wygrzebują z ziemi następny strąk fasoli. Teraz już indiańskie dzieci wiedzą, gdzie przechowywane są zapasy, wystarczy więc, że sięgną ręką do norki i mogą wydobyć z niej garście ziaren fasoli.
Kto jednak myśli, że mali Indianie są dumni z tego, że w tak wygodny sposób zebrali całe mnóstwo smakowitej fasoli, ten grubo się myli. To byłoby wielkim złem, myśli Indianin, gdybym to małe, bezbronne zwierzątko tak po prostu ograbił z jego zapasów. Kto chce uczciwie zbierać plony, ten musi mieć dobre myśli i ma pozostać przyjacielem fasolowej myszki.
Dzieci mówią:
- Fasolowe myszy są bardzo pracowite, one pomagają ludziom:. Dlatego też Indianie przychodzą do tych myszek nie jak złodzieje, lecz jak przyjaciele proszący o to, by podzieliły się tym, co mają. Nigdy nie zabierają myszkom wszystkich zapasów i zawsze dają coś w zamian. Na miejsce fasoli kładą do ich norek kawałek słoniny lub innego tłuszczu, co jest dowodem szczególnego podziękowania. Wszystko to odbywa się bardzo ostrożnie, aby niczego nie zniszczyć, ponieważ Indianie podziwiają pracę myszy i czują przed nią respekt. Wiedzą bowiem, że nikomu nie wolno niszczyć równowagi danej nam na ziemi, ponieważ w przeciwnym wypadku spotkałaby nas surowa kara".

Willi Hoffsummer

piątek, 30 maja 2014

Kompetencje mamy

Każda Mama jest „kompetentna”, ponieważ potrafi żyć życiem swojego dziecka, widzieć jego oczami i czuć jego sercem.
Kiedy przyszłam do domu małego dziecka, żeby adoptować roczną dziewczynkę, miałam już trójkę swoich dzieci i uważałam się za bardzo kompetentną mamę. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z córeczką: przerażone spojrzenie malutkiej i okropny krzyk, gdy opiekunka zostawiła nas same. Dziewczynka płakała, prężyła się i bardzo się mnie bała. Próbowałam odwrócić jej uwagę, przytulić – strach i rozpacz maleństwa nie miały końca…
Czy warto mówić o tym, jak bardzo było mi źle, kiedy szłam do domu. Kiedy opadły emocje, doszłam do wniosku, że będę cierpliwa. Przychodziłam codziennie o stałej porze. Stopniowo mała przestała płakać, zainteresowała się mną. Bacznie mi się przyglądała, wsłuchiwała się w mój głos. Nosiłam ją na rękach, stałam z nią przy oknie i opowiadałam, że niedługo tą drogą pojedziemy do domu.
Mój mąż był w tym czasie na zagranicznym kontrakcie. Zastanawiałam się, jak oswoić maleństwo z tatą. Przychodziłam na wizyty z albumem rodzinnym, pokazywałam małej zdjęcia naszego domu, taty, rodzeństwa. Kiedy mąż po raz pierwszy przyszedł ze mną – nasza córeczka od razu podeszła do niego i wyciągnęła rączki!
Już w trakcie naszych wspólnych godzin w domu dziecka, dziewczynka zaczęła chodzić, wypowiedziała pierwsze słowa. Nadszedł dzień, kiedy zabraliśmy ją do domu.
Kiedy z wizytą przyszła babcia, zobaczyła małą siedzącą na podłodze, kiwającą się i uderzającą plecami i główką o kanapę, z nieobecnym wzrokiem utkwionym w ścianie. Babcia uciekła w szoku.
W takich chwilach siadałam na podłodze i brałam córeczkę na ręce – twarzą do siebie. Najpierw razem się kiwałyśmy, a ja się uśmiechałam patrząc małej w oczy. Stopniowo jej twarzyczka ożywała, a potem ona tez zaczęła się uśmiechać. Po jakimś czasie śmiałyśmy się razem i przestawałyśmy się kiwać…
Córeczka szybko odzwyczaiła się od „kiwania”. A ja czułam się uskrzydlona i zwycięska.
Teraz moja córeczka jest już duża. To żywiołowy, wspaniały człowieczek, słoneczko mamusi! Oczywiście, były też różne inne trudności. Ale wszystkie są pokonywane miłością. Wszystkie problemy cofają się przed miłością. Miłość jest najważniejszą „kompetencją” Mamy.

Monety

Wiosenne słońce skłoniło mnie, bym usiadł na ławce. Zamknąłem oczy i napawałem się ciepłem, świeżym podmuchem wiosennego wiatru, ciszą. Usłyszałem za ławką jakiś szelest. Obejrzałem się i zobaczyłem dzieciaka – chłopca w wieku może 6 lat, który gapił się pod ławkę. Mały pomału ją obchodził, patrząc tak, jakby chciał pod nią coś znaleźć. Było w tym dziecku coś takiego dorosłego, samodzielnego. Myślałem, że sobie to uroiłem, bo przecież sześcioletni maluch nie może mieć takiego spojrzenia. A jednak chłopiec tak właśnie patrzył na ławkę.
- Proszę pana, niech pan podniesie nogi, proszę, - powiedział.
Bardziej ze zdziwienia, niż świadomie odpowiadając na jego prośbę, uniosłem stopy. Mały kucnął, wpatrując się w ziemię.
- Tu też nie ma, - westchnął.
- Chcesz gumę do żucia? – spytałem.
- A jaką masz? Bo ja lubię owocowe.
- Mam miętową.
Zawahał się, ale w końcu wziął jedną i włożył do buzi. Uśmiechnąłem się patrząc na jego ręce – zwykłe ręce małego chłopca, niemożliwie brudne. Patrzyliśmy długo na siebie, żując gumę.
- Ciepło dziś, - powiedziałem.
- Nie ma śniegu, to dobrze, - powiedział cicho chłopiec.
- Nie lubisz śniegu?
- Nie rozumiesz – pod śniegiem nic nie widać. Malec włożył ręce do kieszeni. – Idę, bo zaraz się ściemni, a ja prawie nic nie znalazłem, dziękuję za gumę…
Nie wiem co kazało mi go zawołać, gdy już odchodził. Chyba jakiś dorosły szacunek do powagi tego dzieciaka.
- A czego szukasz?
- Nie powiesz nikomu? To mój sekret.
- Nie powiem.
- Szukam monetek, tu w alejce można sporo znaleźć, jeżeli się wie gdzie szukać. Jest ich dużo pod ławkami, w zeszłym roku znalazłem cały stos.
- Monetek? – spytałem zdziwiony.
- Tak, monetek.
- A w zeszłym roku też ich tu szukałeś?
- Szukałem, - twarz chłopca znów spoważniała.
- A dziś dużo znalazłeś?
Mały sięgnął do kieszeni spodni. Mała ręka wydobyła z niej kawałek papieru. Chłopiec kucnął, rozwinął papier i położył na asfalcie. W zawiniątku błysnęło kilka monet. Marszcząc brwi dzieciak brał monety i układał w stosik, a jego usta coś szeptały – chłopiec podliczał swój dobytek.
- Cztery osiemdziesiąt, - powiedział, zawijając monety w papier i chowając do kieszeni.
- Bogaty jesteś!
- Nieee, to za mało… ale w lecie znajdę więcej.
- Na co zbierasz? Na słodycze? Na zabawki?
Malec spochmurniał, ale milczał. Zrozumiałem, że przekroczyłem jakąś niewidzialną granicę, dotknąłem czegoś ważnego, a może nawet bardzo osobistego w duszy tego młodego mężczyzny.
- Dobrze, nie gniewaj się na mnie, powodzenia! Będziesz tu jutro? – spytałem.
Mały spojrzał na mnie smutno.
- Będę. Jestem to codziennie, chyba, że pada deszcz.
Tak zaczęła się moja znajomość, a w konsekwencji – przyjaźń z małym chłopcem. Codziennie przychodziłem na tę ławkę. Mały przychodził mniej więcej w tym samym czasie, a ja pytałem go, ile znalazł monetek. Chłopiec wyciągał z kieszeni zawiniątko i starannie liczył. Nigdy nie miał tam więcej, niż 10 złotych.
Po kilku dniach powiedziałem:
- Mam kilka monetek, weźmiesz je do swojej kolekcji?
- Nieee, nie mogę. Mama mówi, że za pieniądze trzeba coś dać. A ile masz monetek?
- Cztery pięćdziesiąt.
- Zaraz wrócę, - powiedział chłopczyk i zniknął w krzakach. Wrócił po kwadransie.
- Masz, to dla ciebie za monetki, - powiedział, wyciągając na dłoni kawałek czerwonego ołówka, papierek po cukierku i zielone szkiełko z butelki.
W ten sposób dokonaliśmy naszej pierwszej transakcji. Codziennie przynosiłem mu drobne, a wracałem do domu z jego skarbami w kieszeni. Miałem już kilka kapsli, spinaczy, zepsutych zapalniczek, ołówków, samochodzików i żołnierzyków. Wczoraj czułem się bajecznie bogaty, bo za 5 złotych drobniakami otrzymałem żołnierzyka bez ręki. Chciałem odmówić tej niesprawiedliwej transakcji lub dopłacić za fant, ale malec był nieugięty.
Pewnego dnia chłopiec odmówił wymiany i choć bardzo go prosiłem – nie zmienił swojej decyzji. Następnego dnia również. Przez kilka dni starałem się zrozumieć, dlaczego nie chce więcej moich monet. W końcu dotarło do mnie, że mały sprzedał już wszystko i nie ma nic na wymianę.
Zacząłem przychodzić wcześniej i rzucać pod ławki monety. Chłopiec znajdował je, a następnie kucał przy mnie i liczył swój dzienny łup. Przyzwyczaiłem się do niego i na swój sposób pokochałem tego małego faceta. Podziwiałem jego upór, samodzielność i konsekwencję w poszukiwaniu monet, ale każdego dnia coraz bardziej męczyło mnie pytanie, po co dzieciak drugi rok zbiera te monety? Prawie codziennie przynosiłem mu cukierki i gumę do żucia, które brał ode mnie z podziękowaniem. Zauważyłem jeszcze, że rzadko się uśmiechał.
Dokładnie tydzień temu chłopiec nie przyszedł. Następnego dnia również go nie było. Nie pokazał się przez cały tydzień. W życiu nie przypuszczałem, że będę się tak denerwował czekając na niego. Po tygodniu wreszcie go zobaczyłem. Siedział na ławce, gapiąc się w ziemię.
- Cześć! – powiedziałem radośnie. – Czemu nie przychodzisz? Deszczu nie ma, monet leży sporo pod ławkami, a ty się lenisz!
- Nie zdążyłem. Nie potrzebuję więcej monetek, - bardzo cicho powiedział chłopiec.
Usiadłem obok niego na ławce.
- Nie smuć się, jak to – nie potrzebujesz? Co to znaczy, że nie zdążyłeś? Przestań! Mów, o co chodzi, zobacz, co ci przyniosłem, - wyciągnąłem do niego garść monet.
Chłopiec spojrzał na moją dłoń i szepnął:
- Nie potrzebuję więcej monetek.
Nigdy nie myślałem, że dziecko w wieku sześciu lat może mówić z taką goryczą i beznadziejnością.
- Co się stało, - spytałem go, obejmując kruche ramionka. – Powiesz mi wreszcie, po co ci te monetki?
- Dla tatka, zbierałem monetki dla tatka, - po twarzy chłopca ciekły łzy, dziecięce łzy.
Odebrało mi mowę, sam byłem na granicy płaczu.
- A tacie po co? – spytałem łamiącym się głosem.
- Ciotka mówi, że tatko jest bardzo chory, a mama powiedziała, że można go wyleczyć, ale to drogo kosztuje i trzeba bardzo dużo pieniędzy, no to zbierałem dla niego. Miałem już dużo monetek, ale nie zdążyłem, - łzy ciekły strumieniem.
Przytuliłem go. Mały szlochał. Trzymałem go w ramionach, głaskałem po głowie i nie umiałem odnaleźć słów.
- Nie ma już tatka, umarł, był dobry, był najlepszym tatkiem na świecie, a ja nie zdążyłem, - dzieciak zanosił się od płaczu.
Nigdy nie przeżyłem większego szoku, czułem, że po moich policzkach też płyną łzy. Maluch gwałtownie wyrwał się z moich objęć, spojrzał na mnie czerwonymi od płaczu oczami i powiedział:
- Dziękuję ci za monetki, jesteś moim przyjacielem.
Odwrócił się i pobiegł przed siebie alejką. Odprowadzałem wzrokiem tego małego mężczyznę, którego życie tak bardzo doświadczyło na samym początku jego drogi, płakałem i rozumiałem, że nie będę umiał nigdy mu pomóc.
Więcej go nie widziałem. Codziennie przez następny miesiąc przychodziłem na naszą ławkę, ale go nie było. Teraz przychodzę nieco rzadziej, ale nigdy więcej nie spotkałem tego sześcioletniego prawdziwego mężczyzny.
Za każdym razem rzucam monety pod ławkę, przecież jestem jego przyjacielem, niech wie, że jestem obok.

Przyciski Listonic

- See more at: http://darmowedodatkinablogi.blogspot.com/2013/09/bujajaca-sie-latarenka.html#sthash.RbAo3ms7.dpuf