Magia Świąt ... to .. Czas nadziei, rodzinnych spotkań, białych marzeń...Czas okiennych wystaw, gdzie mróz jest malarzem...Gdzie przyjemny chłód, śnieg skrzypi pod butami...Wieczorem pod kocem, z ukochaną osobą...Przyozdobiony świerk, Domowa krzątanina, serca jedna migawka ...Na niebie pierwsza gwiazdka...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 29 sierpnia 2013
Kosz Anatola
Pewien chłopiec imieniem Anatol był tak zajęty swoimi sprawami, że nie zwracał uwagi na innych. Kiedy trzeba było pomóc w domu, on musiał akurat wysłać do kolegi ważnego sms-a. Kiedy siostra prosiła go, żeby zabrał ją na boisko, on pod pozorem, że boli go głowa zamykał się w pokoju, a potem szybko uciekał przez okno. Nie lubił dzielić się zabawkami z innymi dziećmi, a o tym, żeby poczęstować czekoladą kolegów - mowy nie było.
- Toleczku - martwiła się babcia - nie można być takim sobkiem.
- Synu - srożył się tata - nie podoba mi się twoje zachowanie.
- Dziecko - kręciła głową mama - co z ciebie wyrośnie?
Anatol zupełnie, ale to zupełnie się tym wszystkim nie przejmował. Właśnie nadchodziły wakacje i chłopiec żył już tylko wyjazdem. Dużo czasu zajmowało mu pakowanie plecaka. Jechał w góry więc musiał się dobrze przygotować i o niczym ważnym nie zapomnieć. - O, na przykład latarka - powiedział do siebie - to bardzo ważna rzecz! I kompas, czapka, wełniane skarpety... Aha, koniecznie krem od słońca.
- Tolku - do pokoju weszła mama - musisz iść do dziadków. Dziadek zachorował, a babcia nie da rady zrobić zakupów. Zaniesiesz im chleb, ser, trochę owoców i placek z rodzynkami.
- Ale mamo! Ja się pakuję!
- Teraz to nie jest najważniejsze. Proszę, tu jest wszystko przygotowane.
- A nie mogę iść trochę później?
- Nie, pójdziesz natychmiast.
Anatol wiedział, że mama nie żartuje. Naburmuszony wziął kosz i wyszedł. Szedł ulicą i nawet nie ukłonił się po drodze sąsiadom. Taki był zły. Dziadkowie mieszkali za miastem i kiedy chłopiec wszedł na znajomej drogę, coś go zadziwiło. Nigdy nie spotkał tu tylu przechodniów. Wszyscy zdążali w stronę pobliskiej polany. Anatol natychmiast zapomniał o prośbie mamy i przyłączył się do grupy ludzi.
Na rozległej łące u podnóża wzniesienia odbywał się jakiś festyn. Na trawie rozstawione były huśtawki i karuzele, na ogrodzonym siatką małym boisku rozgrywano mecz piłkarski, pod parasolami siedziały babcie, które opowiadały dzieciom bajki, jednym słowem trwała tu wspaniała zabawa. Anatol natychmiast rzucił w krzaki kosz i przyłączył się do chłopców strzelających z łuku do tarczy. Jeszcze nigdy nie próbował takiego sportu, a że szło mu całkiem nieźle z zapałem rywalizował z nowo poznanymi kolegami. Podczas krótkiej przerwy Anatol dowiedział się, że wszystkie dzieci zgromadzone na łące to wychowankowie Domu Dziecka, którym wychowawcy, nauczyciele i życzliwi sąsiedzi zorganizowali Dzień Radosnej Zabawy. Chłopcu zrobiło się trochę smutno, ale zaraz o tym zapomniał, bo właśnie pan instruktor zapowiedział kolejną rundę strzałów. Zabawa trwała w najlepsze; ale zbliżał się już wieczór i trzeba było rozejść się na kolację.
- Jeszcze nie! - piszczały maluchy przytulając się do "bajkowych babć".
- Zostańmy aż się całkiem ściemni - prosiły dziewczyny grająee zacięcie w siatkówkę.
- Tak nam tu dobrze - wzdychały inne dzieciaki.
- A nie jesteście głodni?
- No... jesteśmy, ale jakoś przetrzymamy!
- Ach, tak - uśmiechnął się opiekun całej grupy. - W takim razie spróbujemy temu zaradzić. Podejdź no tu do mnie chłopcze - opiekun nieoczekiwanie zwrócił się do Anatola. - Ty nie jesteś z naszego domu ale cieszę się, że bawisz się z naszymi dziećmi. Myślę, że mógłbyś też ich poczęstować tym co przyniosłeś.
- Ale przecież... - Co?
- Ojej, miałem pójść do dziadków i zanieść im zakupy! A w ogóle skąd pan wie, że mam ze sobą coś do jedzenia?
- To, jak będzie? Poczęstujesz kolegów?
- Nie mogę. Zresztą i tak dla wszystkich nie starczy.
- Tak uważasz? - wzrok opiekuna przeniknął głęboko do myśli Anatola, któremu zrobiło się okropnie gorąco. - A ja proponuję, żebyś przyniósł tu swój koszyk, bo w krzakach wszystkie zapasy mogą zaraz zjeść myszy.
Po chwili chłopiec stał już na środku polany otoczony gromadą dzieci, które zaciekawione patrzyły to na niego, to na swojego opiekuna.
- No, śmiało - zachęcił Anatola człowiek - pokaż, co przyniosłeś.
- Chleb, trochę sera, owoce, placek z rodzynkami - wybąkał chłopiec.
- Oho, ho, wystarczy tych zapasów dla wszystkich - uśmiechnął się opiekun. - Trzeba tylko równo podzielić. - Proszę weź ten kawałek chleba i poczęstuj sąsiada. Sąsiad niech podzieli się z następnym dzieckiem i tak kolejno. Potem weźmiemy się za ser, owoce i pyszny placek.
Zdumiony Anatol obserwował, jak kawałek chleba, którym połamał się ze stojącą obok dziewczynką wędruje z rąk do rąk i wcale go nie ubywa! To samo działo się z serem, plackiem i owocami! Jak to możliwe? - zastanawiał się zajadając ze smakiem pachnący chleb i ser. Jeszcze bardziej zdziwiło go, że dzieci nie widzą w tym co się stało nic nadzwyczajnego. Tak jakby doświadczały takich zdarzeń często. Po skończonym posiłku opiekun powiedział - Tolku, desze się, że podzieliłeś się z kolegami, ale martwi mnie, że nie spełniłeś prośby mamy. Dziadek jest chory, a ty zamiast zanieść mu zakupy bawiłeś się tu całe popołudnie.
- To prawda - zwiesił głowę chłopiec. - Zdarza mi się to bardzo często.
- A wiesz dlaczego? Bo wiecznie jesteś zajęty sobą. Tymczasem wokół ciebie jest dużo osób, które czekają na twoją pomoc. Jeśli będziesz starał się je dostrzec, na pewno wszystko ci się poukłada. A teraz pędź do dziadków!
Anatol zdążył pożegnać się z kolegami i nie wiadomo kiedy znalazł się tuż przed drzwiami znajomego domku.
- O, jest Toleczek - ucieszyła się babcia. - Jak to zrobiłeś, że tak szybko się u nas znalazłeś?
- Nie wiem - przyznał szczerze chłopiec. - A która jest godzina?
- Zaraz będzie południe.
- Południe? A nie wieczór?
- Oj, co ty pleciesz. Jaki znów wieczór? Lepiej zjedz z nami drugie śniadanie.
- Dziękuję, przed chwilą jadłem.
- A to w jaki sposób? Chleb w koszyku nienaruszony, ser nie rozpakowany...
- No widzisz babciu, to jakiś cud - uśmiechnął się Anatol i przytulił się do babci.
piątek, 9 sierpnia 2013
Sadako i tysiąc papierowych żurawi
Sadako miała dwa lata, kiedy w 1945 roku amerykańskie samoloty zrzuciły bomby atomowe na Hiroszimę (6 sierpnia) i Nagasaki (8 sierpnia).
Mając dziewięć lat, Sadako marzyła o tym, by zostać mistrzynią w biegach. W tym celu codziennie ćwiczyła i z każdym dniem wydawała się silniejsza i szybsza.
Pewnego dnia Sadako nagle upadła. Jej nauczyciel wezwał rodziców, którzy - wbrew jej protestom - odwieźli ją do szpitala. Przez następne parę dni coraz częściej zdarzały jej się zawroty głowy. Sadako i jej rodzice mieli wkrótce usłyszeć najstraszliwszą diagnozę, częstą w tamtych czasach w Hiroszimie - choroba popromienna. Skutkiem napromieniowania tych, którym udało się przeżyć "błysk", jak mieszkańcy Hiroszimy nazywali wybuch atomowy, była białaczka, choroba, której najbardziej się obawiano.
Któregoś dnia najbliższa przyjaciółka Sadako, Chizu ko, odwiedziła ją w szpitalu. Wchodząc do sali, trzymah ręce z tyłu. Potem wyciągnęła zza pleców i uniosła wy soko papierowego żurawia. Sadako podziękowała przyjaciółce.
- To nie jest zwykły podarunek - powiedziała Chizuko
- To na szczęście i powrót do zdrowia. Czytałam bajki o tym, że żurawie dożywają ponoć tysiąca lat, a każdy kto zrobi tysiąc żurawi z papieru, wyzdrowieje. - Chizuki przysunęła sobie krzesło i zachichotała - Zaczynajmy!
Tamtego popołudnia, z pomocą przyjaciółki, Sadako zrc biła kilka żurawi. O dziwo, poczuła się lepiej. W ciągi następnych dni zrobiła ich więcej. Zawieszone u sufiti; wkrótce wypełniły wszystkie zakamarki szpitalnej sal: Wszyscy zaczęli gromadzić papier na żurawie dla Sadakc Czasami była ona tak słaba, że nie mogła unieść rąk.
Potem odczuwała nagle przypływ energii i jej ręce składały następne żurawie: 300, 350, 400.
Wkrótce czas między zrobieniem kolejnych żurawi zaczął się coraz bardziej wydłużać. Ale Sadako nie ustępowała i ich liczba wzrastała: 450, 500, 550, 600. Z każdym dniem robiła się jednak coraz słabsza i żurawi przybywało wolniej: 610, 615, 620.
Wreszcie którejś nocy Sadako zabrakło sił. Zamknęła oczy i więcej już ich nie otworzyła. Nie udało jej się osiągnąć celu...
Chizuko i pozostali koledzy z klasy Sadako zebrali się, żeby wykonać resztę żurawi. Nanizali je na wieniec, który położyli na ciele dziewczynki. Niedługo potem z pomocą nauczyciela zgromadzili pieniądze na budowę pomnika, który miał stanąć w Parku Pokoju w Hiroszimie na pamiątkę tęgo, co "błysk" wyrządził dzieciom. Dzisiaj na cokole z granitu stoi figura przedstawiająca Sadako ze złotym żurawiem na wyciągniętej ręce. Ludzie z całego świata przysyłają setki wieńców z papierowych żurawi, które oplatają pomnik. U stóp pomnika znajdują się słowa dzieci: "To nasz krzyk, to nasza modlitwa: Niechaj na świecie zapanuje pokój".
sobota, 6 lipca 2013
Kimkolwiek jesteś - kocham cię
Po cichej uliczce wielkiego miasta szedł sobie
drobny staruszek, powłócząc nogami w jesienne
popołudnie. Zeschłe liście przypominały mu
każde przeszłe lato. Przed sobą miał długą,
samotną noc w oczekiwaniu na kolejny czerwiec.
Aż nagle w stercie liści w pobliżu sierocińca,
mała kartka papieru zwabiła jego wzrok.
Zatrzymał się więc i podniósł ją trzęsącymi
się dłońmi. Czytając dziecinne literki, starzec
wybuchnął płaczem, bo słowa paliły jego
wnętrze niczym piętno.
„Kimkolwiek jest ten, kto to znalazł niech
wie, że go kocham. Kimkolwiek jest ten,
kto to znalazł, niech wie, że go potrzebuję.
Nie mam nawet z kim zamienić słowa,
więc ten, kto to znajdzie, niech
wie, że go kocham!”
Oczy staruszka spoczęły na budynku sierocińca i
dostrzegły małą dziewczynkę z nosem smętnie
przyklejonym do szyby. I wiedział już, że wreszcie
znalazł przyjaciółkę. Więc pomachał do niej i posłał
jej jasny uśmiech. Oboje wiedzieli też, że spędzą
zimę razem, naśmiewając się z deszczu. Naprawdę
spędzili zimę, śmiejąc się z niepogody. Rozmawiając
przez płot i obsypując się drobnymi podarkami,
które dla siebie zrobili. Staruszek rzeźbił dla niej
przepiękne zabawki, dziewczynka zaś rysowała
mu obrazki, na których piękne panie spacerowały
w słońcu i zieleni drzew, i oboje dużo się śmiali.
Lecz dnia pierwszego czerwca dziewczynka
podbiegła do płotu, by pokazać starcowi swój
nowy rysunek, a jego tam nie było. Przeczuwała
jakoś, że on już nie wróci, podbiegła więc
do pokoju, wzięła kredki i papier i napisała…
„Kimkolwiek jest ten, kto to znalazł niech
wie, że go kocham. Kimkolwiek jest ten,
kto to znalazł, niech wie, że go potrzebuję.
Nie mam nawet z kim zamienić słowa,
więc ten, kto to znajdzie, niech
wie, że go kocham!”
drobny staruszek, powłócząc nogami w jesienne
popołudnie. Zeschłe liście przypominały mu
każde przeszłe lato. Przed sobą miał długą,
samotną noc w oczekiwaniu na kolejny czerwiec.
Aż nagle w stercie liści w pobliżu sierocińca,
mała kartka papieru zwabiła jego wzrok.
Zatrzymał się więc i podniósł ją trzęsącymi
się dłońmi. Czytając dziecinne literki, starzec
wybuchnął płaczem, bo słowa paliły jego
wnętrze niczym piętno.
„Kimkolwiek jest ten, kto to znalazł niech
wie, że go kocham. Kimkolwiek jest ten,
kto to znalazł, niech wie, że go potrzebuję.
Nie mam nawet z kim zamienić słowa,
więc ten, kto to znajdzie, niech
wie, że go kocham!”
Oczy staruszka spoczęły na budynku sierocińca i
dostrzegły małą dziewczynkę z nosem smętnie
przyklejonym do szyby. I wiedział już, że wreszcie
znalazł przyjaciółkę. Więc pomachał do niej i posłał
jej jasny uśmiech. Oboje wiedzieli też, że spędzą
zimę razem, naśmiewając się z deszczu. Naprawdę
spędzili zimę, śmiejąc się z niepogody. Rozmawiając
przez płot i obsypując się drobnymi podarkami,
które dla siebie zrobili. Staruszek rzeźbił dla niej
przepiękne zabawki, dziewczynka zaś rysowała
mu obrazki, na których piękne panie spacerowały
w słońcu i zieleni drzew, i oboje dużo się śmiali.
Lecz dnia pierwszego czerwca dziewczynka
podbiegła do płotu, by pokazać starcowi swój
nowy rysunek, a jego tam nie było. Przeczuwała
jakoś, że on już nie wróci, podbiegła więc
do pokoju, wzięła kredki i papier i napisała…
„Kimkolwiek jest ten, kto to znalazł niech
wie, że go kocham. Kimkolwiek jest ten,
kto to znalazł, niech wie, że go potrzebuję.
Nie mam nawet z kim zamienić słowa,
więc ten, kto to znajdzie, niech
wie, że go kocham!”
sobota, 29 czerwca 2013
Kto podjadał w spiżarni
We dworze państwa Zadorów na Litwie Kowieńskiej przygotowania do świąt Bożego Narodzenia trwały co najmniej przez dwa tygodnie. Trzeba było zaopatrzyć się w wiktuały, szczególnie te do świątecznych ciast i tradycyjnej wileńskiej potrawy – kutii. Był to mak kilkakrotnie zmielony – a musicie wiedzieć, że przed drugą wojną światową nie było jeszcze elektrycznych maszynek do mięsa, które szybko by się z tym uporały. Trzeba więc było ręcznie kręcić korbką, co wymagało dużo czasu. Do zmielonego maku dodawano miód, orzechy, skórkę pomarańczową i rodzynki. Było to bardzo słodka potrawa, chętnie zjadana przez dzieci. Po bakalie, owoce i słodycze udawano się do Poniewieża, bo w rodzinnej Słobódce sklepów nie było.
Zawsze o ile tylko była odpowiednia pogoda, zabierano na zakupy czteroletniego Zygmusia, nazywanego przez wszystkich Zyziem. Była to nie bywała frajda dla dziecka. Rodzice kupowali mu wtedy w cukierni pyszne ciasteczka, ponieważ Zygmuś był wielkim łakomczuchem. Odbierali też wtedy z gimnazjum starszego syna Franka, który niezmiernie imponował Zyziowi posiadaniem mundurka i dorosłością. Niestety, Franek choć bardzo kochał malca, nie potrafił znaleźć z nim wspólnego „języka”. Zbyt duża była między nimi różnica wieku. Chłopiec bawił się więc z rówieśnikami, synami państwa Kudrewiczów. Nie mógł tego jednak robić codziennie, ponieważ dwór sąsiadów oddalony był o kilka kilometrów. Na co dzień opiekowała się nim guwernantka Niemka – panna Helga. Zyzio się jednak nie nudził wcale. Babunia Jadzia umilała mu wolny czas opowiadaniem baśni. Byli też jeszcze czworonożni przyjaciele, dwa wyżły Aza i Azor, a także sroka Mila, straszna złodziejka. Trzeba było chować każdy świecący przedmiot. Dawniej mieszkała w parku, w dziupli starego dębu, ale kiedy piorun uderzył w drzewo, przeniosła się na czas zimowy do kuchni. W dziupli odkryto wówczas magazyn łyżeczek, koralików, a nawet platynową broszkę z brylantami, którą już dawno spisano na straty.
Największym przyjacielem Zyzia był bocian Dyzio. Przed kilku laty wypadł z gniazda i złamał sobie skrzydło. Nie mógł więc odlecieć do ciepłych krajów. Stał się nieodłącznym towarzyszem zabaw chłopca. Wiosna i latem mieszkał na ganku, gdyż nie potrafił dogadać się z kurami i kogutem w kurniku. Na brak jedzenia nie narzekał.
W pogodne dni polował na żaby i myszy, a zima – będąc stałym domownikiem kuchni – karmiony był surowym mięsem. Kiedyś po nieudanej próbie odbicia upolowanej myszy kotu Kajtkowi, zaniechał polowań na domowe gryzonie. Miał również konkurenta w zaskrońcu Niuniusiu, który doskonale radził sobie ze szkodnikami w całym gospodarstwie.
Pewnego razu rozmawiano przy wieczerzy o nadchodzących świętach i podziale obowiązków.
- Jutro z Frankiem pójdziemy na polowanie, bo jak się nie pośpieszymy, to pasztetu z zająca nie będzie. Weźmiemy do pomocy dwóch chłopców stajennych – zarządził ojciec.
- Wspaniale, zaraz wyczyszczę strzelby i przygotuję naboje – zaproponował starszy syn.
- Ja też chcę iść z wami, tatusiu – prosił Zyzio.
- Nie. Jesteś jeszcze za mały. Zrobisz ozdoby na choinkę. Panna Helga ci pomoże. Kupiliśmy kolorowy papier, a słomy u nas nie brakuje. Dopilnujesz też karmienia zwierząt ktoś musi zająć się domem, jak nas nie będzie – poważnym tonem powiedział ojciec.
- Dobrze, ale przed tak ciężką pracą należy mi się dodatkowa porcja deseru – zgodził się chłopiec.
- Masz tu jeszcze jedno ciastko – powiedziała ciotka Teresa.
Zyzio szybko zapomniał o polowaniu. Następne dni mijały mu na przygotowywaniu choinkowych ozdób i zabawy na śniegu. Dzień przed wigilią z lasu przyniesiono piękny świerk i ustawiono w salonie. Chłopiec z zapałem wieszał na nim kolorowe świecidełka, łańcuchy, rajskie jabłuszka, cukierki i pierniki.
W pewnej chwili z kuchni dobiegł krzyk pani Katarzyny, ochmistrzyni dworu.
- Ktoś wyjadł prawie całe rodzynki, a orzechów i migdałów też brakuje. Miodu też mniej w słoiku.
Cała rodzina wraz ze służbą zebrała się w kuchni. Zaczęło się śledztwo.
- Rano jeszcze wszystko było – powiedziała pani Katarzyna.
- Myśmy niczego nie ruszały – odparły panny służące.
- Kiedy poszłam po mąkę na makowiec do spiżarni kręcił się tam Zyzio z całą menażerią, ale ich pognałam – powiedziała Olesia.
Zyzio, słysząc to, schował się za mamusię.
- Chodź tu urwisie. Co masz nam do powiedzenia? – zapytał ojciec.
Chłopiec, zawstydzony opuścił głowę.
- No więc już mamy winowajcę – powiedziała mama. – Tyle razy powtarzałam ci, synku, że nie można nic brać bez pytania.
- Ale, ja pytałem Olesi, czy mogę dostać coś dobrego. Byliśmy z Dudusiem tacy głodni…., a ona powiedziała, abym nie zawracał jej głowy. No to wzięliśmy sobie trochę sami ze spiżarni.
Wszyscy spojrzeli na Dudusia i parsknęli gromkim śmiechem. Dziób bociana oblepiony był miodem z rodzynkami.
- Rodzynki jedli wszyscy i Aza i Azor, sroka i Duduś. Miód im nie smakował. Orzechy i migdały sam zjadłem, bo nie chcieli – tłumaczył się chłopiec.
- Oj, ty łakomczuchu! Uważaj czym karmisz zwierzęta, bo one nie wszystko lubią – zaśmiała się i przytuliła do siebie zapłakane dziecko mama.
Na wieczerzy wigilijnej było, tak, jak zwykle, trzynaście potraw. Nie zabrakło tez kutii, choć tego roku uboższej w bakalie niż zwykle.
Zawsze o ile tylko była odpowiednia pogoda, zabierano na zakupy czteroletniego Zygmusia, nazywanego przez wszystkich Zyziem. Była to nie bywała frajda dla dziecka. Rodzice kupowali mu wtedy w cukierni pyszne ciasteczka, ponieważ Zygmuś był wielkim łakomczuchem. Odbierali też wtedy z gimnazjum starszego syna Franka, który niezmiernie imponował Zyziowi posiadaniem mundurka i dorosłością. Niestety, Franek choć bardzo kochał malca, nie potrafił znaleźć z nim wspólnego „języka”. Zbyt duża była między nimi różnica wieku. Chłopiec bawił się więc z rówieśnikami, synami państwa Kudrewiczów. Nie mógł tego jednak robić codziennie, ponieważ dwór sąsiadów oddalony był o kilka kilometrów. Na co dzień opiekowała się nim guwernantka Niemka – panna Helga. Zyzio się jednak nie nudził wcale. Babunia Jadzia umilała mu wolny czas opowiadaniem baśni. Byli też jeszcze czworonożni przyjaciele, dwa wyżły Aza i Azor, a także sroka Mila, straszna złodziejka. Trzeba było chować każdy świecący przedmiot. Dawniej mieszkała w parku, w dziupli starego dębu, ale kiedy piorun uderzył w drzewo, przeniosła się na czas zimowy do kuchni. W dziupli odkryto wówczas magazyn łyżeczek, koralików, a nawet platynową broszkę z brylantami, którą już dawno spisano na straty.
Największym przyjacielem Zyzia był bocian Dyzio. Przed kilku laty wypadł z gniazda i złamał sobie skrzydło. Nie mógł więc odlecieć do ciepłych krajów. Stał się nieodłącznym towarzyszem zabaw chłopca. Wiosna i latem mieszkał na ganku, gdyż nie potrafił dogadać się z kurami i kogutem w kurniku. Na brak jedzenia nie narzekał.
W pogodne dni polował na żaby i myszy, a zima – będąc stałym domownikiem kuchni – karmiony był surowym mięsem. Kiedyś po nieudanej próbie odbicia upolowanej myszy kotu Kajtkowi, zaniechał polowań na domowe gryzonie. Miał również konkurenta w zaskrońcu Niuniusiu, który doskonale radził sobie ze szkodnikami w całym gospodarstwie.
Pewnego razu rozmawiano przy wieczerzy o nadchodzących świętach i podziale obowiązków.
- Jutro z Frankiem pójdziemy na polowanie, bo jak się nie pośpieszymy, to pasztetu z zająca nie będzie. Weźmiemy do pomocy dwóch chłopców stajennych – zarządził ojciec.
- Wspaniale, zaraz wyczyszczę strzelby i przygotuję naboje – zaproponował starszy syn.
- Ja też chcę iść z wami, tatusiu – prosił Zyzio.
- Nie. Jesteś jeszcze za mały. Zrobisz ozdoby na choinkę. Panna Helga ci pomoże. Kupiliśmy kolorowy papier, a słomy u nas nie brakuje. Dopilnujesz też karmienia zwierząt ktoś musi zająć się domem, jak nas nie będzie – poważnym tonem powiedział ojciec.
- Dobrze, ale przed tak ciężką pracą należy mi się dodatkowa porcja deseru – zgodził się chłopiec.
- Masz tu jeszcze jedno ciastko – powiedziała ciotka Teresa.
Zyzio szybko zapomniał o polowaniu. Następne dni mijały mu na przygotowywaniu choinkowych ozdób i zabawy na śniegu. Dzień przed wigilią z lasu przyniesiono piękny świerk i ustawiono w salonie. Chłopiec z zapałem wieszał na nim kolorowe świecidełka, łańcuchy, rajskie jabłuszka, cukierki i pierniki.
W pewnej chwili z kuchni dobiegł krzyk pani Katarzyny, ochmistrzyni dworu.
- Ktoś wyjadł prawie całe rodzynki, a orzechów i migdałów też brakuje. Miodu też mniej w słoiku.
Cała rodzina wraz ze służbą zebrała się w kuchni. Zaczęło się śledztwo.
- Rano jeszcze wszystko było – powiedziała pani Katarzyna.
- Myśmy niczego nie ruszały – odparły panny służące.
- Kiedy poszłam po mąkę na makowiec do spiżarni kręcił się tam Zyzio z całą menażerią, ale ich pognałam – powiedziała Olesia.
Zyzio, słysząc to, schował się za mamusię.
- Chodź tu urwisie. Co masz nam do powiedzenia? – zapytał ojciec.
Chłopiec, zawstydzony opuścił głowę.
- No więc już mamy winowajcę – powiedziała mama. – Tyle razy powtarzałam ci, synku, że nie można nic brać bez pytania.
- Ale, ja pytałem Olesi, czy mogę dostać coś dobrego. Byliśmy z Dudusiem tacy głodni…., a ona powiedziała, abym nie zawracał jej głowy. No to wzięliśmy sobie trochę sami ze spiżarni.
Wszyscy spojrzeli na Dudusia i parsknęli gromkim śmiechem. Dziób bociana oblepiony był miodem z rodzynkami.
- Rodzynki jedli wszyscy i Aza i Azor, sroka i Duduś. Miód im nie smakował. Orzechy i migdały sam zjadłem, bo nie chcieli – tłumaczył się chłopiec.
- Oj, ty łakomczuchu! Uważaj czym karmisz zwierzęta, bo one nie wszystko lubią – zaśmiała się i przytuliła do siebie zapłakane dziecko mama.
Na wieczerzy wigilijnej było, tak, jak zwykle, trzynaście potraw. Nie zabrakło tez kutii, choć tego roku uboższej w bakalie niż zwykle.
środa, 26 czerwca 2013
W Lapońskiej wiosce
Dawno dawno temu w jednej z wiosek w mroźnej Laponii urodziła się dziewczynka o imieniu… Martusia, gdy się rodziła, a była to noc Bożego Narodzenia - jej mama siedziała w chatce i bardzo cierpiała. Nigdzie nie było lekarza i bała się, że dzidziuś może się urodzić chory, w pewnej chwili przez okno na strychu do chatki tej pani wleciał mały aniołek.
- Dobry wieczór proszę pani – powiedział z uśmiechem na twarzy aniołek
pani Iwona bardzo się zdziwiła i zapytała aniołka
- Co ty tutaj robisz?
- Jestem aniołkiem, przyleciałem z nieba, miałem zanieść Mikołajowi nową parę świątecznych skarpetek – by nie było mu zimno, ale zgubiłem drogę i przyleciałem zapytać, czy nie wie pani gdzie on mieszka?
Pani Iwona dziwnie się poczuła…
- Nie wiem aniołku… nie wiem gdzie mieszka Mikołaj, ale mogę pomóc ci szukać – tylko proszę – pomóż mi…Zaraz będę rodzić – a nigdzie nie ma lekarza mógłbyś sprawić by dzidziuś urodził się cały i zdrowy?
Aniołek uśmiechnął się lekko i spojrzał na kobietę
- Oczywiście proszę pani
Aniołek klasnął w swoje malutkie rączki i pani Iwona poczuła się lepiej.
- To będzie dziewczynka – powiedział aniołek. Urodzi się dziś, w wigilię dokładnie o północy lekarz nie będzie potrzebny – powiedział aniołek , pani bardzo się uradowała
-Dziękuje ci aniołku naprawdę dziękuje teraz powiedz – jak ja mogę pomóc tobie? Będziemy razem szukać – dopowiedziała
- Nie – odpowiedział aniołek, wyjął zza swej anielskiej koszulki parę skarpetek dla Mikołaja oto skarpetki, o których mówiłem, dziś wigilia, więc chyba już nie znajdę Mikołaja w tą wigilie, przeżyje jakoś jeszcze w starej parze, za to daje je teraz pani, za 14 lat, gdy dzidziuś będzie już duży da je pani swojej córce a ona dowie się, co to są prawdziwe święta położył skarpetki na stoliku uśmiechnął się i zniknął.
Pani Iwona ze zdziwieniem popatrzała na stolik i szepnęła
- Jeszcze raz dziękuje aniołku….
O północy na świat przyszła śliczna, zdrowa dziewczynka nadano jej imię Martusia, lata mijały…. Dziewczynka rosła pomagała mamie a że była jedyną córeczką miała pełno obowiązków. Niestety Martusia nie była jednak chętna do pracy, jak inne dziewczynki wolała biegać, bawić się i zjeżdżać na sankach… Mijały święta za świętami. Co roku wigilia była taka sama. Ojciec Martusi umarł jeszcze przed jej narodzeniem. I ona wraz ze swoją matką we wsi liczącej kilka chatek każdą wigilie spędzała samotnie. Mimo że jej mama była bardzo biedna zawsze jednak za ostatnie grosze kupowała coś Martusi nie były to wielkie rzeczy – kilka jabłek, lub orzechów, ale dziewczynka cieszyła się i z tego. Jednak nigdy nie lubiła się tym dzielić, była biedna i uważała ze skoro ona nie ma to inni też nie powinni mieć, ale w głębi serduszka była dobrą dziewczynką. Lata mijały…
Martusia była coraz starsza… Wreszcie nastał czas… 14 Wigilia od narodzenia dziewczynki… Pani Iwona wiedziała i pamiętała o przysiędze, jaką złożyła aniołkowi… Trzymała skarpetki w szafie, głęboko – tak by nikt ich nie znalazł. Wieczorem, tak jak zawsze Martusia i jej mama zasiadły do wigilijnego stołu, w chatce nie było oświetlenia – świeciła się tylko jedna świeczka.. Nie było choinki, ozdób. Na stole leżał tylko kawałek karpia, który otrzymali od sąsiada. Martusia zmówiła modlitwę i zaczęła jeść. Po kolacji wraz ze swoją mamą usiadły na ławeczce na strychu. Posłuchaj Martusiu – rzekła mama mam dla ciebie w tym roku prezent… Inny niż zawsze… Jest to prezent wyjątkowy – jedyny w swoim rodzaju… W tej chwili wyjęła skarpetki Mikołaja
- Proszę moja córeczko, to dla ciebie – Martusia podeszła i wzięła je do ręki zdziwiona
- Dziękuje – odpowiedziała…
- Ale… Skąd masz takie duże skarpetki?
- To tajemnica – odpowiedziała mama.
Chwilę później, po odśpiewaniu kolęd mama położyła się spać, Martusia poszła jej jeszcze raz podziękować. Zbliżyła się do łóżka
- Mamusiu… Jeszcze raz dziękuje za ten prezent , jest śliczny…
- Cieszę się że ci się podoba – odpowiedziała mama
- Ale teraz muszę już spać… Mój aniołku , pójdziesz na dwór i zaniesiesz naszemu pieskowi kość, jeszcze dziś nic nie jadł…
-Dobrze odpowiedziała Martusia…
Ubrała się cieplutko i założyła skarpetki na nogi – ale duże – pomyślała, są tak wielkie, że spadają mi z moich stóp, dziwny prezent… Jednak związała je sznurkiem tak by nie spadały i wyszła na zewnątrz podeszła do budy i dała kość starej suczce, która od wielu lat pilnowała domku . Martusia spojrzała w niebo – pełne gwiazdek usiadła na chwilkę na śniegu i zamknęła oczka… Święta są cudowne – pomyślała. Nagle, gdy Martusia z zamkniętymi oczkami siedziała na śniegu usłyszała głos dzwonków i szelest sań. Szybko otworzyła oczka i wstała. Wyszła na środek zaśnieżonej ulicy i spojrzała zdziwiona przecież tu nikt nigdy nie przejeżdża – pomyślała, kto może tędy przejeżdżać w noc wigilijną?
Nagle zobaczyła jak z lasku wyłania się rząd reniferów a za nimi zaprzężone sanie. Martusia stała bez ruchu zaskoczona sanie zbliżały się do wioski były coraz bliżej i bliżej… Wreszcie zatrzymały się obok Martusi.
W saniach siedział dziwny człowiek miał zielone ubranko i zieloną czapeczkę, stanął i wyskoczył szybko z sań, spojrzał na zegarek i otarł czoło z potu, podbiegł szybko do Martusi i zapytał
- Czy to ty jesteś Martusia?
- Tak… To ja – odpowiedziała szybko!
- Wskakuj na sanie nie mamy czasu! – powiedział w pośpiechu człowieczek a raczej istotka, gdyż był mniejszy i lekko inny niż ludzie, jego skóra była zielonkawa, uszy wydłużone.
- Ale… ja nie mogę – odpowiedziała Martusia
- Później ci wszystko wytłumaczę – odrzekł ”ktoś” wziął ją za rękę i oboje znaleźli się w saniach.
- Ruszać! – krzyknął i w tym samym momencie renifery zaczęły biec Martusia czuła się dziwnie… Nie wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi… Ale nie bała się…Sanie pędziły przez lasy Laponii..
Martusia siedziała obok ”ludka’’ i zapytała
- Kim ty jesteś?
”Ludek” odwrócił się do niej i uśmiechnął
- Jestem Serafin – jeden z elfów Mikołaja. Święty kazał mi odszukać dziewczynkę o imieniu Martusia, mieszkającą w twojej wiosce, więc wziąłem jego sanie i pojechałem po ciebie – myślałem, że zdążę przed wigilią, ale po drodze spotkała mnie straszliwa burza śnieżna i zabłądziłem, dopiero po kilku dniach po ciebie przyjechałem. Nagle sanie uniosły się w górę i wraz z reniferami śmigały po gwieździstym niebie.
- A raczej chciałem powiedzieć przyleciałem – dopowiedział Serafin . Martusia wystraszyła się spojrzała w dół – znajdowali się wysoko nad ziemią
- Mówisz prawdę? -zapytała
- Oczywiście, teraz lecimy do siedziby Mikołaja – odpowiedział z uśmiechem
- Ale dlaczego?- zapytała zdziwiona Martusia
- Nie wiem, Mikołaj mi kazał – uśmiechnął się elf- wiem tylko jedno, mamy ogromne spóźnienie. Zabrałem Mikołajowi sanie, więc nie może rozwozić prezentów, a jest już wigilia – dodał- chyba stracę pracę…
Posmutniał… Sanie pomknęły w smugach śniegu i zniknęły za horyzontem…
Tymczasem…. W pewnej dolinie w Laponii wśród gęstych lasów sosnowych…W miejscu, o którym wiedzą wszyscy, ale którego jeszcze nikt nie znalazł w jednej z chatek – z żółto brązowych ścianach odbywało się zebranie elfów, kilkadziesiąt zielono skórych maluszków siedziało w ławkach obok siebie. Nagle do chatki wszedł Mikołaj ubrany jak zawsze w swój czerwony strój, jego broda jak zawsze długa sterczała na jego grubym brzuszku. Wyszedł na środek i zaczął przemawiać
- Moi kochani… Stała się rzecz straszna… Nasz mały Serafinek – zabrał sanie kilka dni temu by przywieść tu pewną dziewczynkę, która musi poznać prawdziwą tajemnice świąt… a do teraz go nie ma!!! Już noc wigilijna – od 2 godzin powinniśmy rozwozić prezenty, tymczasem nie mamy możliwości nawet się stąd wydostać. Wszystkie elfy spuściły główki ze smutkiem w oczach..
- Przykro mi… W tym roku dzieci niedostaną od nas prezentów… Zasmucił się też Mikołaj… Nagle wszyscy zgromadzeni usłyszeli charakterystyczny dźwięk dzwonków, oto zbliżały się sanie!!!! Wszyscy wybiegli na zewnątrz i spojrzeli w niebo
- To oni!!!!!! – krzyknął jeden z elfów
- To Serafin!!!!! – krzyknął inny
Tymczasem Martusia ujrzała cudowny widok, oto zbliżała się do wioski Mikołaja . Pośrodku doliny znajdowało się małe jeziorko, a wokół niego domki elfów i fabryka prezentów. Sanie szybko wylądowały, wianeczek elfów otoczył Martusie i Serafina. Dziewczynka nic nie mówiła była tak zdziwiona. Nagle ukazał się jej oczkom Mikołaj
- Witaj Martusiu – powiedział i zaśmiał się – hohoho
- Dobry wieczór – odpowiedziała…
- Zapewne dziwisz się, czemu wezwałem Cię do siebie, prawda?
- No… Tak – odpowiedziała…
- W dzisiejszą noc pojedziesz ze mną do dzieci – powiedział z uśmiechem. W mgnieniu oka elfy zapełniły sanie prezentami. Mikołaj i Martusia wskoczyli do sań. W tylnej części było tak wiele prezentów, że sanie ledwo oderwały się od ziemi, poleciały z ogromną szybkością w świat, a była już 22.00.
- Martusiu… Wiesz, co ty masz na stópkach? – zapytał prowadząc sanie
- To skarpetki, które mama dała mi dziś w prezencie – odparła- w prezencie?
- Aha – uśmiechnął się Mikołaj – muszę ci coś powiedzieć Martusiu… – Te skarpetki to nie są zwykłe zimowe skarpety. To skarpetki, które mają w sobie niezwykłą moc… One pozwalają zajrzeć do wnętrza samego siebie i poznać, jakim się naprawdę jest – mówił dalej.
- Ten, kto je nosi dowiaduje się, jaki naprawdę jest… I dzięki temu może się zmienić…
Martusia słuchała zdziwiona
- Ale.. Ja nic takiego nie doznałam.
- Tak ci się tylko wydaje- odparł Mikołaj
- Zamknij oczy moja droga…
Martusia wykonała polecenie. W tej samej chwili ogromny podmuch wiatru uderzył w sanie, dziewczynka wypadła i zaczęła spadać w dół… Zobaczyła tylko jak sanie oddalają się od niej, po czym straciła przytomność. Mikołaj uśmiechnął się i powiedział
- Dowiesz się Martusiu, jaki jest sens świąt.
Oczka dziewczynki powoli się otworzyły. Była w chatce – ale w bardzo bogatej i pięknie wystrojonej. Leżała w wielkim łóżku, obok znajdowała się choinka i masa prezentów.
- Dobry wieczór proszę pani – powiedział z uśmiechem na twarzy aniołek
pani Iwona bardzo się zdziwiła i zapytała aniołka
- Co ty tutaj robisz?
- Jestem aniołkiem, przyleciałem z nieba, miałem zanieść Mikołajowi nową parę świątecznych skarpetek – by nie było mu zimno, ale zgubiłem drogę i przyleciałem zapytać, czy nie wie pani gdzie on mieszka?
Pani Iwona dziwnie się poczuła…
- Nie wiem aniołku… nie wiem gdzie mieszka Mikołaj, ale mogę pomóc ci szukać – tylko proszę – pomóż mi…Zaraz będę rodzić – a nigdzie nie ma lekarza mógłbyś sprawić by dzidziuś urodził się cały i zdrowy?
Aniołek uśmiechnął się lekko i spojrzał na kobietę
- Oczywiście proszę pani
Aniołek klasnął w swoje malutkie rączki i pani Iwona poczuła się lepiej.
- To będzie dziewczynka – powiedział aniołek. Urodzi się dziś, w wigilię dokładnie o północy lekarz nie będzie potrzebny – powiedział aniołek , pani bardzo się uradowała
-Dziękuje ci aniołku naprawdę dziękuje teraz powiedz – jak ja mogę pomóc tobie? Będziemy razem szukać – dopowiedziała
- Nie – odpowiedział aniołek, wyjął zza swej anielskiej koszulki parę skarpetek dla Mikołaja oto skarpetki, o których mówiłem, dziś wigilia, więc chyba już nie znajdę Mikołaja w tą wigilie, przeżyje jakoś jeszcze w starej parze, za to daje je teraz pani, za 14 lat, gdy dzidziuś będzie już duży da je pani swojej córce a ona dowie się, co to są prawdziwe święta położył skarpetki na stoliku uśmiechnął się i zniknął.
Pani Iwona ze zdziwieniem popatrzała na stolik i szepnęła
- Jeszcze raz dziękuje aniołku….
O północy na świat przyszła śliczna, zdrowa dziewczynka nadano jej imię Martusia, lata mijały…. Dziewczynka rosła pomagała mamie a że była jedyną córeczką miała pełno obowiązków. Niestety Martusia nie była jednak chętna do pracy, jak inne dziewczynki wolała biegać, bawić się i zjeżdżać na sankach… Mijały święta za świętami. Co roku wigilia była taka sama. Ojciec Martusi umarł jeszcze przed jej narodzeniem. I ona wraz ze swoją matką we wsi liczącej kilka chatek każdą wigilie spędzała samotnie. Mimo że jej mama była bardzo biedna zawsze jednak za ostatnie grosze kupowała coś Martusi nie były to wielkie rzeczy – kilka jabłek, lub orzechów, ale dziewczynka cieszyła się i z tego. Jednak nigdy nie lubiła się tym dzielić, była biedna i uważała ze skoro ona nie ma to inni też nie powinni mieć, ale w głębi serduszka była dobrą dziewczynką. Lata mijały…
Martusia była coraz starsza… Wreszcie nastał czas… 14 Wigilia od narodzenia dziewczynki… Pani Iwona wiedziała i pamiętała o przysiędze, jaką złożyła aniołkowi… Trzymała skarpetki w szafie, głęboko – tak by nikt ich nie znalazł. Wieczorem, tak jak zawsze Martusia i jej mama zasiadły do wigilijnego stołu, w chatce nie było oświetlenia – świeciła się tylko jedna świeczka.. Nie było choinki, ozdób. Na stole leżał tylko kawałek karpia, który otrzymali od sąsiada. Martusia zmówiła modlitwę i zaczęła jeść. Po kolacji wraz ze swoją mamą usiadły na ławeczce na strychu. Posłuchaj Martusiu – rzekła mama mam dla ciebie w tym roku prezent… Inny niż zawsze… Jest to prezent wyjątkowy – jedyny w swoim rodzaju… W tej chwili wyjęła skarpetki Mikołaja
- Proszę moja córeczko, to dla ciebie – Martusia podeszła i wzięła je do ręki zdziwiona
- Dziękuje – odpowiedziała…
- Ale… Skąd masz takie duże skarpetki?
- To tajemnica – odpowiedziała mama.
Chwilę później, po odśpiewaniu kolęd mama położyła się spać, Martusia poszła jej jeszcze raz podziękować. Zbliżyła się do łóżka
- Mamusiu… Jeszcze raz dziękuje za ten prezent , jest śliczny…
- Cieszę się że ci się podoba – odpowiedziała mama
- Ale teraz muszę już spać… Mój aniołku , pójdziesz na dwór i zaniesiesz naszemu pieskowi kość, jeszcze dziś nic nie jadł…
-Dobrze odpowiedziała Martusia…
Ubrała się cieplutko i założyła skarpetki na nogi – ale duże – pomyślała, są tak wielkie, że spadają mi z moich stóp, dziwny prezent… Jednak związała je sznurkiem tak by nie spadały i wyszła na zewnątrz podeszła do budy i dała kość starej suczce, która od wielu lat pilnowała domku . Martusia spojrzała w niebo – pełne gwiazdek usiadła na chwilkę na śniegu i zamknęła oczka… Święta są cudowne – pomyślała. Nagle, gdy Martusia z zamkniętymi oczkami siedziała na śniegu usłyszała głos dzwonków i szelest sań. Szybko otworzyła oczka i wstała. Wyszła na środek zaśnieżonej ulicy i spojrzała zdziwiona przecież tu nikt nigdy nie przejeżdża – pomyślała, kto może tędy przejeżdżać w noc wigilijną?
Nagle zobaczyła jak z lasku wyłania się rząd reniferów a za nimi zaprzężone sanie. Martusia stała bez ruchu zaskoczona sanie zbliżały się do wioski były coraz bliżej i bliżej… Wreszcie zatrzymały się obok Martusi.
W saniach siedział dziwny człowiek miał zielone ubranko i zieloną czapeczkę, stanął i wyskoczył szybko z sań, spojrzał na zegarek i otarł czoło z potu, podbiegł szybko do Martusi i zapytał
- Czy to ty jesteś Martusia?
- Tak… To ja – odpowiedziała szybko!
- Wskakuj na sanie nie mamy czasu! – powiedział w pośpiechu człowieczek a raczej istotka, gdyż był mniejszy i lekko inny niż ludzie, jego skóra była zielonkawa, uszy wydłużone.
- Ale… ja nie mogę – odpowiedziała Martusia
- Później ci wszystko wytłumaczę – odrzekł ”ktoś” wziął ją za rękę i oboje znaleźli się w saniach.
- Ruszać! – krzyknął i w tym samym momencie renifery zaczęły biec Martusia czuła się dziwnie… Nie wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi… Ale nie bała się…Sanie pędziły przez lasy Laponii..
Martusia siedziała obok ”ludka’’ i zapytała
- Kim ty jesteś?
”Ludek” odwrócił się do niej i uśmiechnął
- Jestem Serafin – jeden z elfów Mikołaja. Święty kazał mi odszukać dziewczynkę o imieniu Martusia, mieszkającą w twojej wiosce, więc wziąłem jego sanie i pojechałem po ciebie – myślałem, że zdążę przed wigilią, ale po drodze spotkała mnie straszliwa burza śnieżna i zabłądziłem, dopiero po kilku dniach po ciebie przyjechałem. Nagle sanie uniosły się w górę i wraz z reniferami śmigały po gwieździstym niebie.
- A raczej chciałem powiedzieć przyleciałem – dopowiedział Serafin . Martusia wystraszyła się spojrzała w dół – znajdowali się wysoko nad ziemią
- Mówisz prawdę? -zapytała
- Oczywiście, teraz lecimy do siedziby Mikołaja – odpowiedział z uśmiechem
- Ale dlaczego?- zapytała zdziwiona Martusia
- Nie wiem, Mikołaj mi kazał – uśmiechnął się elf- wiem tylko jedno, mamy ogromne spóźnienie. Zabrałem Mikołajowi sanie, więc nie może rozwozić prezentów, a jest już wigilia – dodał- chyba stracę pracę…
Posmutniał… Sanie pomknęły w smugach śniegu i zniknęły za horyzontem…
Tymczasem…. W pewnej dolinie w Laponii wśród gęstych lasów sosnowych…W miejscu, o którym wiedzą wszyscy, ale którego jeszcze nikt nie znalazł w jednej z chatek – z żółto brązowych ścianach odbywało się zebranie elfów, kilkadziesiąt zielono skórych maluszków siedziało w ławkach obok siebie. Nagle do chatki wszedł Mikołaj ubrany jak zawsze w swój czerwony strój, jego broda jak zawsze długa sterczała na jego grubym brzuszku. Wyszedł na środek i zaczął przemawiać
- Moi kochani… Stała się rzecz straszna… Nasz mały Serafinek – zabrał sanie kilka dni temu by przywieść tu pewną dziewczynkę, która musi poznać prawdziwą tajemnice świąt… a do teraz go nie ma!!! Już noc wigilijna – od 2 godzin powinniśmy rozwozić prezenty, tymczasem nie mamy możliwości nawet się stąd wydostać. Wszystkie elfy spuściły główki ze smutkiem w oczach..
- Przykro mi… W tym roku dzieci niedostaną od nas prezentów… Zasmucił się też Mikołaj… Nagle wszyscy zgromadzeni usłyszeli charakterystyczny dźwięk dzwonków, oto zbliżały się sanie!!!! Wszyscy wybiegli na zewnątrz i spojrzeli w niebo
- To oni!!!!!! – krzyknął jeden z elfów
- To Serafin!!!!! – krzyknął inny
Tymczasem Martusia ujrzała cudowny widok, oto zbliżała się do wioski Mikołaja . Pośrodku doliny znajdowało się małe jeziorko, a wokół niego domki elfów i fabryka prezentów. Sanie szybko wylądowały, wianeczek elfów otoczył Martusie i Serafina. Dziewczynka nic nie mówiła była tak zdziwiona. Nagle ukazał się jej oczkom Mikołaj
- Witaj Martusiu – powiedział i zaśmiał się – hohoho
- Dobry wieczór – odpowiedziała…
- Zapewne dziwisz się, czemu wezwałem Cię do siebie, prawda?
- No… Tak – odpowiedziała…
- W dzisiejszą noc pojedziesz ze mną do dzieci – powiedział z uśmiechem. W mgnieniu oka elfy zapełniły sanie prezentami. Mikołaj i Martusia wskoczyli do sań. W tylnej części było tak wiele prezentów, że sanie ledwo oderwały się od ziemi, poleciały z ogromną szybkością w świat, a była już 22.00.
- Martusiu… Wiesz, co ty masz na stópkach? – zapytał prowadząc sanie
- To skarpetki, które mama dała mi dziś w prezencie – odparła- w prezencie?
- Aha – uśmiechnął się Mikołaj – muszę ci coś powiedzieć Martusiu… – Te skarpetki to nie są zwykłe zimowe skarpety. To skarpetki, które mają w sobie niezwykłą moc… One pozwalają zajrzeć do wnętrza samego siebie i poznać, jakim się naprawdę jest – mówił dalej.
- Ten, kto je nosi dowiaduje się, jaki naprawdę jest… I dzięki temu może się zmienić…
Martusia słuchała zdziwiona
- Ale.. Ja nic takiego nie doznałam.
- Tak ci się tylko wydaje- odparł Mikołaj
- Zamknij oczy moja droga…
Martusia wykonała polecenie. W tej samej chwili ogromny podmuch wiatru uderzył w sanie, dziewczynka wypadła i zaczęła spadać w dół… Zobaczyła tylko jak sanie oddalają się od niej, po czym straciła przytomność. Mikołaj uśmiechnął się i powiedział
- Dowiesz się Martusiu, jaki jest sens świąt.
Oczka dziewczynki powoli się otworzyły. Była w chatce – ale w bardzo bogatej i pięknie wystrojonej. Leżała w wielkim łóżku, obok znajdowała się choinka i masa prezentów.
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Kaganek, osiołek, anioł i wiele innych rzeczy
Cóż za obrzydliwy zapach! Co za smród! Anioł już chwycił za róg alarmowy, by wezwać na pomoc kolegów z góry, lecz było to niepotrzebne, nie chodziło zgoła o diabła. Uniósł ręką do prawego oka i spojrzał w dal przez zwiniętą dłoń. A więc tu jest pies pogrzebany! Były to nikczemne myśli króla Heroda! Ulatywały z jego głowy jak para z gotującego się garnka. Anioł otrząsnął się z przerażenia i odrazy i pomachał skrzydłami, żeby rozproszyć cuchnącą woń.
Ale trzeba było ostrzec świętego Józefa.
Anioł przetarł oczy, żeby odpędzić senność, potrząsnął swoimi złotymi puklami, wyjął z torby podróżnej srebrną kapę, założył ją na siebie, stanął po anielsku na baczność i w tej postawie ukazał się we śnie świętemu Józefowi.
Albowiem święty Józef jest sprawiedliwym i dla niego także aniołowie przywdziewają strój galowy.
Święty Józef zupełnie spokojny spał głęboko, tonąc w miłym ciepełku swojej białej brody. Serce miał przepełnione radością i światłem z powodu darów, jakie Trzej Królowie złożyli Dzieciątku Jezus. Ale co taki biedak jak on zrobi z całym tym złotem? Posłał je przełożonemu synagogi w Betlejem.
I w środku snu utkanego ze złota i chwały błysnął nagle okryty srebrem anioł, przemawiający głosem, który zdawał się mówić odległym echem organów: - Uciekaj, uciekaj! Król Herod chce zabić Dzieciątko, naszego Pana!
Święty Józef obudził się. „To tylko sen” – podszepnął mu sen, starając się opuścić jego powieki, ale święty Józef wiedział z własnego doświadczenia, że nie można snów lekceważyć ani pozwolić, by przemknęły niepostrzeżenie, więc z uporem trzymał oczy otwarte; wstał i zapalił kaganek. Dzieciątku grozi niebezpieczeństwo, trzeba się spieszyć, a jednocześnie mieć się na baczności, bo Dzieciątko i Matka byli stworzeniami kruchymi i delikatnymi...
Kaganek rzucał światło, zwyczajne ubożuchne światełko, jakie rzucają kaganki, lecz kiedy spostrzegł, że święty Józef niesie go w stronę Maryi, podsycił płomień jak tylko mógł, gdyż widział Najświętszą Pannę raz tylko w Boże Narodzenie. I jakże wtedy starał się rozpraszać mroki! Napełnił światłem całą stajenkę (Kaganek to poczciwe stworzenie, ale niezbyt rozgarnięte. Nie spostrzegł nawet, biedaczysko, że całe to światło pochodziło od aniołów). Także teraz chciał zrobić tyle światła, ile tamtej nocy i zaczął pochłaniać oliwę wielkimi łykami, nadął się, jak tylko mógł, starał się ze wszystkich sił, ale osiągnął tyle tylko, że płomyk stał się wielkości jajka.
- Coś nie w porządku z tą oliwą – pomyślał.
- Nie – odparła oliwa – to przez knot.
- Nic podobnego – rzekł knot – to musi być płomień
- Wcale nie – zaprzeczył płomień – to wszystko wina kaganka.
Kiedy kaganek wiódł spór z samym sobą, ale starając się zobaczyć jak najwięcej, święty Józef był całkiem zadowolony, gdyż tej nocy kaganek płonął dobrze i dawał piękne światło.
Maryja leżała sobie na wiązce słomy i trzymała na podołku Dzieciątko. Słoma otulała ją z miłością.
Święty Józef zbliżył się na palcach, by jej nie przestraszyć, musnął nieśmiało Jej ramię palcem wskazującym i rzekł półgłosem:
- Maryjo!
W ten sposób jeszcze nikogo się nie zbudziło! – pomyślała noc. Lecz Maryja była jak kryształowy kielich, który wystarczy dotknąć, by dobyć z niego harmonijny dźwięk.
- Cóż się stało, Józefie? – spytała.
Wielkie, przesłodkie oczy lśniły niby dwie gwiazdy w małej pobladłej twarzyczce.
Kaganek patrzył w zachwyceniu, zapominając nawet o podsycaniu płomienia. Także pani noc w swoim płaszczu z czarnego aksamitu, na widok tych otwartych oczu, przez które widać było dusze i niebo, ze zdumienia nie poruszyła ani jedną z gwiazd na swojej sukni, gdyż zazwyczaj widziała Maryję tylko śpiącą, z zamkniętymi oczyma.
- Posłuchaj no, palioliwo – powiedziała noc kagankowi tonem pogardliwym – nie skąp oliwy, niechże i ja zobaczę lepiej naszą piękną Panią.
- A czemuż to raczej moja pani nie dobędziesz na wierzch tej swojej mlecznej patelni – odpowiedział kaganek nieco urażony. Ale nocy jedynie w niektóre określone dni wolno było pokazywać srebrzysty miesiąc. I oto, żeby lepiej widzieć, potrząsnęła swoim czarnym płaszczem i nagle całe niebo było usiane gwiazdami, które błyszczały jak diamenty. Oblicze Najświętszej Panny oblało światło.
- Tylko spójrzcie, ile światła dałem! – rzekł z dumą kaganek. Ale noc była głęboko pogrążona w uwielbieniu, że nawet go nie usłyszała.
- Musimy uciekać... – rzekł święty Józef. – ukazał mi się we śnie anioł... Król Herod chce zabić Dzieciątko.
Wielkie oczy stały się jeszcze większe z trwogi, potem powolutku zamknęły się, a blada twarzyczka Maryi pochyliła się z pokorą.
Stajenka z przerażenia i strachu skrzypiała wszystkimi złączeniami. Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć i w końcu skamieniała. Z wielkim bólem patrzyła, jak święty Józef pomaga Maryi wstać, odszukać odzienie, zawiązać tobołek, rozejrzeć się uważnie raz jeszcze, a potem wychodzi z Maryją i Dzieciątkiem w towarzystwie kaganka i wygwieżdżonej nocy.
Stajenka z przerażenia zwaliła się z lekkim trzaskiem.
Na dworze panowała właśnie taka ciemność, jakiej potrzeba do ucieczki. Kaganek pokazywał kałuże, ujawniał kamienie, o które można by się było potknąć a noc swoimi gwiazdami wskazywała kierunek północny.
Jednak Maryja strapiona wykrzyknęła:
- Ach, Józefie, gdybyż to chociaż był dzień! – Takie jest matczyne serce, pełne niecierpliwości, zawsze chciałoby uprzedzić czas.
- Już się robi – ozwał się kogut w kurniku, przed którym właśnie przechodzili i zapiał na pobudkę ze wszystkich sił. Nigdy w życiu nie wkładał w swój śpiew tyle wigoru.
- Czyś ty oszalał? – wykrzyknęła hardo noc. – Jeszcze minie jakiś czas zanim skończę moją wędrówkę! – Ale kogut odpowiedział tonem w którym brzmiała wielka pewność siebie, jakby czuł się równy tej wielkiej damie:
- Może chcesz, żeby nasz Pan skończył w rowie z miłości do ciebie? – I znowu wypiął pierś, zamknął oczy i zaśpiewał raz jeszcze, ale nie było to już potrzebne. Na wschodzie ciemności nagle rozrzedziły się i złoto rozpryskało po całym niebie iskry i skrzące się strzępki a słońce, sapiąc z wysiłku, wstało, by oświetlić ziemię.
Zabrakło mu tchu, gdyż musiało przebyć dwie wielkie krainy, które teraz pogrążyły się w mroku. A nie było to byle co, lecz rzecz trudna, prawie tak samo trudna, jak tego wieczoru, kiedy z rozkazu Jozuego musiało zatrzymać się na niebie. Lecz to nieważne, chodzi wszak o służbę Panu!
Wśród ludzi powstało jednak wielki zamieszanie.
- Co się stało? – zdumiał się wieśniak z folwarku w Brakenhof. Jego zegar wskazywał trzecią, a było już jasno, choć przecież to luty. Oczywiście cała wina spada na zegar, który nie został należycie wyregulowany. Więc wieśniak wstał i ruszył do pracy. Niektórzy spośród nocnych Marków, co wytrwali jeszcze w kompanii popijając piwo, przestraszyli się widząc, że noc minęła tak szybko i zaczęli przyganiać szynkareczce, mówiąc iż cofnęła wskazówki zegara. Kupcy, którzy chcąc wyruszyć o siódmej nastawili budziki na szóstą, obudzili się nagle, widząc, że jest jasno, wyskoczyli czym prędzej z łoża i pobiegli do dyliżansu ani nawet myśląc o śniadaniu. Dyliżansu jeszcze nie było.
- Musiałem zapomnieć o nakręceniu zegara – rzekł woźnica.
Na dworze króla Heroda słudzy biegali we wszystkie strony. Na początek zwolniony został główny kontroler zegarów dworskich.
Natomiast dowódcy wojska zmyto uroczyście głowę, gdyż nie wyruszył natychmiast do Betlejem, by dokonać tej straszliwej rzezi niewiniątek. Wreszcie oddział zaczął maszerować, miasteczko zostało otoczone i na sygnał trąbki żołnierze niby wilki rzucili się do domów, wyrywali dzieci z rąk matek i zabijali sztyletami i mieczami.
- Została jeszcze ta mała stajenka! – Krzyknął dowódca. Ale jaki zawód ich spotkał, kiedy tam dotarli. Szopka zawaliła się całkowicie, a jeden wieśniak mieszkający w pobliżu rzekł:
- Ludzie, którzy tam byli musieli uciec. Wczoraj przyszli Trzej Królowie, by złożyć pokłon Dziecięciu.
Dowódca, nie panując nad sobą z gniewu, wykrzyknął:
- Ale w takim razie Dzieciątko było właśnie tym nowym Królem, którego mieliśmy zabić. Naprzód za nimi!
Pewien sprytny oficer pokazał mu na miękkiej ziemi odciski stóp Maryi i Józefa.
- Tym śladem trzeba iść. Za godzinę będą w naszych rękach! Żywcem dostarczymy nowego Króla królowi Herodowi, żeby własnoręcznie mógł skręcić mu kark!
Konie ruszyły galopem, trzymając się śladów.
Musimy pamiętać, że Anioł Stróż szedł niewidzialny za Świętą Rodziną. Anioł ów zajmował się światłem, wiatrem, baczył na chmury i co jakiś czas przykładał zwiniętą dłoń do oczu, by zbadać, czy nie grozi jakieś niebezpieczeństwo.
O kaganku nie ma już więcej nic do powiedzenia, poza tym, że zgasł ze wstydu ledwie ujrzawszy promieniste oblicze słońca. A noc zrzuciła czym prędzej swój czarny płaszcz, tak, że nikt już nie mógł jej zobaczyć.
Józef i Maryja szli szybko swoją drogą. Józef niósł Dzieciątko, niósł wszystko, swoje narzędzia, tobołek z pieluszkami, troski i myśli, a Maryja opierała się na jego ramieniu.
- Taka jestem zmęczona – rzekła.
- Zaraz trochę odpoczniemy – odpowiedział Józef.
Mieli właśnie przysiąść na pniu, kiedy jakiś chrapliwy okrzyk sprawił, że Maryja zerwała się na równe nogi z przerażenia. Rozejrzeli się dookoła. Na pobliskiej łące pasł się i ryczał osioł, tak, że robił wrażenie zardzewiałej pompy.
- Gdybyśmy mieli osiołka! – szepnął święty Józef. I oto nagle osioł przebrnął ociężale strumyk i przez nikogo nie proszony zbliżył się do nich. Prawdę mówiąc niezupełnie nieproszony, gdyż niewidzialny Anioł Stróż podszedł do niego na łące i szepnął mu do ucha:
- Nie upieraj się osiołku, chodzi o naszego Pana. – I dokładnie opowiedział mu wszystko, co się przydarzyło, zalecając by sprawował się dobrze, jak przystało na stworzenie dobrze wychowane i obiecując, że zasłuży sobie na dobre imię w świętych księgach.
- Czy stanę się równie piękny jak koń? – spytał żywo osiołek.
- To nie – odparł anioł – tego, co raz zostało już stworzone nie można zmienić, lecz twoje imię będzie bardziej szanowane niż imię najlepszego konia, gdyż zostaniesz nazwany konikiem Bożym.
- Co mi tam po imieniu – rzekł osiołek. – Wolałbym być koniem bez imienia niż osłem z dobrym imieniem. Chętnie uczynię to o co mnie prosisz, ale tylko z wdzięczności wobec Pana Boga, a jeśli niczego nie można zmienić, zadowolę się tym, że zostanę osiołkiem bez imienia.
Anioł zaprowadził osła do świętego Józefa, który pogłaskał mu przyjaźnie łeb między oczami.
- Dobre zwierzę – powiedział. – Ach, gdybyśmy mieli takie bydlę.
Osiołek spojrzał na Dzieciątko, które patrząc błękitnymi oczętami bawiło się w ramionach Maryi okryte cieniem wielkiego płaszcza z kapturem.
- Więc to jest Pan Bóg, który stworzył wszystkie rzeczy i przyszedł, żeby zbawić ludzkość? – pomyślał osiołek nieco rozczarowany. – Jeszcze jedna rzecz, której nie pojmuję ni w ząb – ciągnął w myślach. – Co jeszcze wymyśli człowiek? Jest już panem koni i osłów. Czyż nie lepiej byłoby, żeby Pan przyszedł zbawić osły? Naturalnie nie pojmuję tego, gdyż jestem właśnie osłem. Gdybym był koniem, wszystko wydałoby mi się jasne.
Tak to osiołek medytował nad wieloma jeszcze innymi sprawami, ale ponieważ nie mógł niczego pojąć, przestał wytężać umysł i zaczął szukać ostów w pobliżu zwalonego drzewa. Znalazł piękne nawet, twarde i soczyste, nadające się do zjedzenia razem z korzeniami.
- Chodź Maryjo, może poszlibyśmy dalej?
Maryja westchnęła, oparła się na ramieniu Józefa i podjęli poranny marsz w blasku promieni słonecznych, chłodnych jeszcze, ale już świetlistych. I oto osiołek ruszył wraz z nimi obok świętego Józefa.
- Idź, idź sobie, poczciwy bydlaku – rzekł starzec. – Wracaj na swoją łąkę. Nie jesteś nasz.
Nic z tego, osiołek szedł za nimi. Święty Józef wygłosił mu jeszcze kazanie o niewierności i uporze, ale ponieważ to także do niczego nie doprowadziło, rzekł w końcu:
- No dobrze. Jeśli koniecznie chcesz z nami pójść, nie mogę ci w tym przeszkodzić, ale umywam ręce i mam czyste sumienie. Jeśli kiedyś zdołamy tu wrócić, załatwię sprawę z właścicielem.
A zwróciwszy się do Maryi, rzekł:
- Sam Bóg przysłał nam tego poczciwego osiołka, więc wsiądź na niego.
Stała się rzecz dziwna, osiołek zgiął kolana, by łatwiej było usiąść na jego grzbiecie, a potem ruszył ze swoim świętym brzemieniem krokiem tak szybkim, że święty Józef musiał się namęczyć, żeby dotrzymać mu kroku. Ale myślał sobie z zadowoleniem:
- Teraz już z pewnością Herod nie zdoła nas doścignąć!
Anioł jednak nie osłabiał czujności i kiedy tak patrzył w dal usłyszał nagle kroki zbliżających się żołnierzy Heroda. Przez chwile polatywał to tu to tam jak zraniony ptak, niepewny, co czynić. Wtenczas wyleciał mu na spotkanie inny anioł, anioł dobrej myśli. Aniołowie latają sobie bowiem w wielkiej liczbie, niby motyle nad łąką, a każdy ma swoje imię i swoje obowiązki.
O Światło Niebiańskie! – wykrzyknął Anioł Stróż. – Nasz Pan Bóg jest w niebezpieczeństwie. Ściga Go Herod! Co mam czynić?
- Wezwij rozsypywaczy śniegu, o Srebrzysty Wartowniku – rzekł Światło Niebiańskie i poleciał do jakiegoś artysty albo proroka.
Wtenczas Srebrzysty Wartownik zadął w swój róg. Rozsypywacze śniegu, nader zajęci sporządzaniem nowych kryształowych gwiazdek, od razu pojęli, w czym rzecz. Niektórzy z nich wywinęli koziołka, z znalazłszy się na dole, wymienili parę słów z Aniołem Stróżem i szybciutko wzbili się z powrotem do nieba.
W mgnieniu oka zagęściły się na północy czarne chmury, słońce znikło, światło stało się posępne i szare i wielkimi płatkami spadł na ziemię śnieg. Łatwo sobie wyobrazić, w jaką wściekłość wpadł dowódca wojska. Odciski stóp zniknęły pod śniegiem i na rozstajach musiał zatrzymać się, zbity z pantałyku. Posłał swoich żołnierzy we wszystkich kierunkach, a sam przez czysty przypadek wybrał z oddziałem drogę właściwą.
Kiedy Anioł Stróż pojął, jakie niebezpieczeństwo nad nimi zawisło, zaczął latać z niepokojem to tu, to tam. Cóż począć teraz.
Spostrzegł nagle wielkie drzewo o wypróchniałym pniu i z gniazdem sroczym wśród gałęzi. A gdyby tak ukryć Świętą Rodzinę w zagłębieniu pnia i rozwiesić z przodu wielką pajęczynę jak czyta się często w starych opowieściach?
Ale mogło się zdarzyć, że dowódca wojska też zna te opowieści i nie da się zwieść.
- Drzewo, drzewo moje kochane, pomóż nam! – wykrzyknął Srebrzysty Wartownik.
I oto zerwał się mocny wiatr, tak, ze drzewo przygięło się do samej ziemi i trwało mocno w tej pozycji. Albo właściwie to anioł przytrzymał je ze wszystkich sił. Wtenczas Światło Niebiańskie natchnął Świętego Józefa, by ten powziął zbawczą myśl.
- Maryjo wejdź do gniazda!
I od razu gniazdo stało się tak wielkie jak tron. Maryja usiadła w nim z Dzieciątkiem, a święty Józef zajął miejsce obok.
- Wejdź osiołku – rzekł anioł – starczy miejsca i dla ciebie.
-He, He - odparł ze śmiechem osioł. – Chcecie wystawić mnie na pośmiewisko! Skoro nie mogę stać się koniem, nie chcę też siedzieć na drzewie jak ptak.
Wtedy anioł puścił koronę drzewa, które powoli wyprostowało się.
Wkrótce potem nadciągnęli żołnierze.
- Z koni! – rozkazał dowódca podoficerowi. – A obejrzyjcie dokładnie wydrążony pień i zobaczcie, czy przypadkiem nie ma z przodu pajęczyny!
- Nikogo! – wykrzyknął podoficer, - Jest tylko osioł, który pokazuje nam ogon.
- Przeklęty osioł! – mruknął dowódca pod nosem.
Zarówno osioł jak i żołnierz poczuli się urażeni.
Podoficer wskazał kapitanowi wielkie gniazdo.
- Przeklęte gniazdo! – ryknął dowódca i dosiadłszy koni ruszyli dalej.
Śnieg przestał padać. Chmury się rozproszyły i na zachodzie słońce zaczęło chylić się nad widnokręgiem niby wielka kula ognia.
- Maryjo – powiedział Józef, wskazując na błękitny skrawek pod słońcem – tam jest morze. Jutro znajdziemy jakiś okręt.
I znowu pojawiła się noc w swoim płaszczu z gwiazd, które lśniły jak nigdy dotąd. Józef i Maryja pozostali spokojnie w ciepłym gnieździe. Osioł dla zabicia czasu na zmianę wtykał łeb albo zadek w zagłębienie w drzewie, by ogrzać się ze wszystkich stron.
Wcześnie rano drzewo pochyliło się znowu ku ziemi i wszyscy poszli ścieżką wśród pól, aż dotarli do morza. Morze tworzyło na brzegu cudowne koronki, jakich nie ma nawet w Brugii. Na piasku leżały muszle niby wielobarwne kwiaty. Naturalnie znalazła się tam barka z przewoźnikiem, który choć kudłaty i spalony od słońca, był może także przebranym aniołem i oznajmił, ze gotów jest przewieźć ich na drugi brzeg.
Mały stateczek wypłynął w morze. Byli uratowani!
Osiołek został na brzegu i patrzył, gdyż nie chciał wejść za nic w świecie do łodzi. Wrócił mu jego zwykły upór.
Ale to już jest, w przeciwnym przypadku bowiem nie byłby osłem!
Patrzył jak się oddalają i pożegnał ich machaniem ogona.
Felix Timmermans
Ale trzeba było ostrzec świętego Józefa.
Anioł przetarł oczy, żeby odpędzić senność, potrząsnął swoimi złotymi puklami, wyjął z torby podróżnej srebrną kapę, założył ją na siebie, stanął po anielsku na baczność i w tej postawie ukazał się we śnie świętemu Józefowi.
Albowiem święty Józef jest sprawiedliwym i dla niego także aniołowie przywdziewają strój galowy.
Święty Józef zupełnie spokojny spał głęboko, tonąc w miłym ciepełku swojej białej brody. Serce miał przepełnione radością i światłem z powodu darów, jakie Trzej Królowie złożyli Dzieciątku Jezus. Ale co taki biedak jak on zrobi z całym tym złotem? Posłał je przełożonemu synagogi w Betlejem.
I w środku snu utkanego ze złota i chwały błysnął nagle okryty srebrem anioł, przemawiający głosem, który zdawał się mówić odległym echem organów: - Uciekaj, uciekaj! Król Herod chce zabić Dzieciątko, naszego Pana!
Święty Józef obudził się. „To tylko sen” – podszepnął mu sen, starając się opuścić jego powieki, ale święty Józef wiedział z własnego doświadczenia, że nie można snów lekceważyć ani pozwolić, by przemknęły niepostrzeżenie, więc z uporem trzymał oczy otwarte; wstał i zapalił kaganek. Dzieciątku grozi niebezpieczeństwo, trzeba się spieszyć, a jednocześnie mieć się na baczności, bo Dzieciątko i Matka byli stworzeniami kruchymi i delikatnymi...
Kaganek rzucał światło, zwyczajne ubożuchne światełko, jakie rzucają kaganki, lecz kiedy spostrzegł, że święty Józef niesie go w stronę Maryi, podsycił płomień jak tylko mógł, gdyż widział Najświętszą Pannę raz tylko w Boże Narodzenie. I jakże wtedy starał się rozpraszać mroki! Napełnił światłem całą stajenkę (Kaganek to poczciwe stworzenie, ale niezbyt rozgarnięte. Nie spostrzegł nawet, biedaczysko, że całe to światło pochodziło od aniołów). Także teraz chciał zrobić tyle światła, ile tamtej nocy i zaczął pochłaniać oliwę wielkimi łykami, nadął się, jak tylko mógł, starał się ze wszystkich sił, ale osiągnął tyle tylko, że płomyk stał się wielkości jajka.
- Coś nie w porządku z tą oliwą – pomyślał.
- Nie – odparła oliwa – to przez knot.
- Nic podobnego – rzekł knot – to musi być płomień
- Wcale nie – zaprzeczył płomień – to wszystko wina kaganka.
Kiedy kaganek wiódł spór z samym sobą, ale starając się zobaczyć jak najwięcej, święty Józef był całkiem zadowolony, gdyż tej nocy kaganek płonął dobrze i dawał piękne światło.
Maryja leżała sobie na wiązce słomy i trzymała na podołku Dzieciątko. Słoma otulała ją z miłością.
Święty Józef zbliżył się na palcach, by jej nie przestraszyć, musnął nieśmiało Jej ramię palcem wskazującym i rzekł półgłosem:
- Maryjo!
W ten sposób jeszcze nikogo się nie zbudziło! – pomyślała noc. Lecz Maryja była jak kryształowy kielich, który wystarczy dotknąć, by dobyć z niego harmonijny dźwięk.
- Cóż się stało, Józefie? – spytała.
Wielkie, przesłodkie oczy lśniły niby dwie gwiazdy w małej pobladłej twarzyczce.
Kaganek patrzył w zachwyceniu, zapominając nawet o podsycaniu płomienia. Także pani noc w swoim płaszczu z czarnego aksamitu, na widok tych otwartych oczu, przez które widać było dusze i niebo, ze zdumienia nie poruszyła ani jedną z gwiazd na swojej sukni, gdyż zazwyczaj widziała Maryję tylko śpiącą, z zamkniętymi oczyma.
- Posłuchaj no, palioliwo – powiedziała noc kagankowi tonem pogardliwym – nie skąp oliwy, niechże i ja zobaczę lepiej naszą piękną Panią.
- A czemuż to raczej moja pani nie dobędziesz na wierzch tej swojej mlecznej patelni – odpowiedział kaganek nieco urażony. Ale nocy jedynie w niektóre określone dni wolno było pokazywać srebrzysty miesiąc. I oto, żeby lepiej widzieć, potrząsnęła swoim czarnym płaszczem i nagle całe niebo było usiane gwiazdami, które błyszczały jak diamenty. Oblicze Najświętszej Panny oblało światło.
- Tylko spójrzcie, ile światła dałem! – rzekł z dumą kaganek. Ale noc była głęboko pogrążona w uwielbieniu, że nawet go nie usłyszała.
- Musimy uciekać... – rzekł święty Józef. – ukazał mi się we śnie anioł... Król Herod chce zabić Dzieciątko.
Wielkie oczy stały się jeszcze większe z trwogi, potem powolutku zamknęły się, a blada twarzyczka Maryi pochyliła się z pokorą.
Stajenka z przerażenia i strachu skrzypiała wszystkimi złączeniami. Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć i w końcu skamieniała. Z wielkim bólem patrzyła, jak święty Józef pomaga Maryi wstać, odszukać odzienie, zawiązać tobołek, rozejrzeć się uważnie raz jeszcze, a potem wychodzi z Maryją i Dzieciątkiem w towarzystwie kaganka i wygwieżdżonej nocy.
Stajenka z przerażenia zwaliła się z lekkim trzaskiem.
Na dworze panowała właśnie taka ciemność, jakiej potrzeba do ucieczki. Kaganek pokazywał kałuże, ujawniał kamienie, o które można by się było potknąć a noc swoimi gwiazdami wskazywała kierunek północny.
Jednak Maryja strapiona wykrzyknęła:
- Ach, Józefie, gdybyż to chociaż był dzień! – Takie jest matczyne serce, pełne niecierpliwości, zawsze chciałoby uprzedzić czas.
- Już się robi – ozwał się kogut w kurniku, przed którym właśnie przechodzili i zapiał na pobudkę ze wszystkich sił. Nigdy w życiu nie wkładał w swój śpiew tyle wigoru.
- Czyś ty oszalał? – wykrzyknęła hardo noc. – Jeszcze minie jakiś czas zanim skończę moją wędrówkę! – Ale kogut odpowiedział tonem w którym brzmiała wielka pewność siebie, jakby czuł się równy tej wielkiej damie:
- Może chcesz, żeby nasz Pan skończył w rowie z miłości do ciebie? – I znowu wypiął pierś, zamknął oczy i zaśpiewał raz jeszcze, ale nie było to już potrzebne. Na wschodzie ciemności nagle rozrzedziły się i złoto rozpryskało po całym niebie iskry i skrzące się strzępki a słońce, sapiąc z wysiłku, wstało, by oświetlić ziemię.
Zabrakło mu tchu, gdyż musiało przebyć dwie wielkie krainy, które teraz pogrążyły się w mroku. A nie było to byle co, lecz rzecz trudna, prawie tak samo trudna, jak tego wieczoru, kiedy z rozkazu Jozuego musiało zatrzymać się na niebie. Lecz to nieważne, chodzi wszak o służbę Panu!
Wśród ludzi powstało jednak wielki zamieszanie.
- Co się stało? – zdumiał się wieśniak z folwarku w Brakenhof. Jego zegar wskazywał trzecią, a było już jasno, choć przecież to luty. Oczywiście cała wina spada na zegar, który nie został należycie wyregulowany. Więc wieśniak wstał i ruszył do pracy. Niektórzy spośród nocnych Marków, co wytrwali jeszcze w kompanii popijając piwo, przestraszyli się widząc, że noc minęła tak szybko i zaczęli przyganiać szynkareczce, mówiąc iż cofnęła wskazówki zegara. Kupcy, którzy chcąc wyruszyć o siódmej nastawili budziki na szóstą, obudzili się nagle, widząc, że jest jasno, wyskoczyli czym prędzej z łoża i pobiegli do dyliżansu ani nawet myśląc o śniadaniu. Dyliżansu jeszcze nie było.
- Musiałem zapomnieć o nakręceniu zegara – rzekł woźnica.
Na dworze króla Heroda słudzy biegali we wszystkie strony. Na początek zwolniony został główny kontroler zegarów dworskich.
Natomiast dowódcy wojska zmyto uroczyście głowę, gdyż nie wyruszył natychmiast do Betlejem, by dokonać tej straszliwej rzezi niewiniątek. Wreszcie oddział zaczął maszerować, miasteczko zostało otoczone i na sygnał trąbki żołnierze niby wilki rzucili się do domów, wyrywali dzieci z rąk matek i zabijali sztyletami i mieczami.
- Została jeszcze ta mała stajenka! – Krzyknął dowódca. Ale jaki zawód ich spotkał, kiedy tam dotarli. Szopka zawaliła się całkowicie, a jeden wieśniak mieszkający w pobliżu rzekł:
- Ludzie, którzy tam byli musieli uciec. Wczoraj przyszli Trzej Królowie, by złożyć pokłon Dziecięciu.
Dowódca, nie panując nad sobą z gniewu, wykrzyknął:
- Ale w takim razie Dzieciątko było właśnie tym nowym Królem, którego mieliśmy zabić. Naprzód za nimi!
Pewien sprytny oficer pokazał mu na miękkiej ziemi odciski stóp Maryi i Józefa.
- Tym śladem trzeba iść. Za godzinę będą w naszych rękach! Żywcem dostarczymy nowego Króla królowi Herodowi, żeby własnoręcznie mógł skręcić mu kark!
Konie ruszyły galopem, trzymając się śladów.
Musimy pamiętać, że Anioł Stróż szedł niewidzialny za Świętą Rodziną. Anioł ów zajmował się światłem, wiatrem, baczył na chmury i co jakiś czas przykładał zwiniętą dłoń do oczu, by zbadać, czy nie grozi jakieś niebezpieczeństwo.
O kaganku nie ma już więcej nic do powiedzenia, poza tym, że zgasł ze wstydu ledwie ujrzawszy promieniste oblicze słońca. A noc zrzuciła czym prędzej swój czarny płaszcz, tak, że nikt już nie mógł jej zobaczyć.
Józef i Maryja szli szybko swoją drogą. Józef niósł Dzieciątko, niósł wszystko, swoje narzędzia, tobołek z pieluszkami, troski i myśli, a Maryja opierała się na jego ramieniu.
- Taka jestem zmęczona – rzekła.
- Zaraz trochę odpoczniemy – odpowiedział Józef.
Mieli właśnie przysiąść na pniu, kiedy jakiś chrapliwy okrzyk sprawił, że Maryja zerwała się na równe nogi z przerażenia. Rozejrzeli się dookoła. Na pobliskiej łące pasł się i ryczał osioł, tak, że robił wrażenie zardzewiałej pompy.
- Gdybyśmy mieli osiołka! – szepnął święty Józef. I oto nagle osioł przebrnął ociężale strumyk i przez nikogo nie proszony zbliżył się do nich. Prawdę mówiąc niezupełnie nieproszony, gdyż niewidzialny Anioł Stróż podszedł do niego na łące i szepnął mu do ucha:
- Nie upieraj się osiołku, chodzi o naszego Pana. – I dokładnie opowiedział mu wszystko, co się przydarzyło, zalecając by sprawował się dobrze, jak przystało na stworzenie dobrze wychowane i obiecując, że zasłuży sobie na dobre imię w świętych księgach.
- Czy stanę się równie piękny jak koń? – spytał żywo osiołek.
- To nie – odparł anioł – tego, co raz zostało już stworzone nie można zmienić, lecz twoje imię będzie bardziej szanowane niż imię najlepszego konia, gdyż zostaniesz nazwany konikiem Bożym.
- Co mi tam po imieniu – rzekł osiołek. – Wolałbym być koniem bez imienia niż osłem z dobrym imieniem. Chętnie uczynię to o co mnie prosisz, ale tylko z wdzięczności wobec Pana Boga, a jeśli niczego nie można zmienić, zadowolę się tym, że zostanę osiołkiem bez imienia.
Anioł zaprowadził osła do świętego Józefa, który pogłaskał mu przyjaźnie łeb między oczami.
- Dobre zwierzę – powiedział. – Ach, gdybyśmy mieli takie bydlę.
Osiołek spojrzał na Dzieciątko, które patrząc błękitnymi oczętami bawiło się w ramionach Maryi okryte cieniem wielkiego płaszcza z kapturem.
- Więc to jest Pan Bóg, który stworzył wszystkie rzeczy i przyszedł, żeby zbawić ludzkość? – pomyślał osiołek nieco rozczarowany. – Jeszcze jedna rzecz, której nie pojmuję ni w ząb – ciągnął w myślach. – Co jeszcze wymyśli człowiek? Jest już panem koni i osłów. Czyż nie lepiej byłoby, żeby Pan przyszedł zbawić osły? Naturalnie nie pojmuję tego, gdyż jestem właśnie osłem. Gdybym był koniem, wszystko wydałoby mi się jasne.
Tak to osiołek medytował nad wieloma jeszcze innymi sprawami, ale ponieważ nie mógł niczego pojąć, przestał wytężać umysł i zaczął szukać ostów w pobliżu zwalonego drzewa. Znalazł piękne nawet, twarde i soczyste, nadające się do zjedzenia razem z korzeniami.
- Chodź Maryjo, może poszlibyśmy dalej?
Maryja westchnęła, oparła się na ramieniu Józefa i podjęli poranny marsz w blasku promieni słonecznych, chłodnych jeszcze, ale już świetlistych. I oto osiołek ruszył wraz z nimi obok świętego Józefa.
- Idź, idź sobie, poczciwy bydlaku – rzekł starzec. – Wracaj na swoją łąkę. Nie jesteś nasz.
Nic z tego, osiołek szedł za nimi. Święty Józef wygłosił mu jeszcze kazanie o niewierności i uporze, ale ponieważ to także do niczego nie doprowadziło, rzekł w końcu:
- No dobrze. Jeśli koniecznie chcesz z nami pójść, nie mogę ci w tym przeszkodzić, ale umywam ręce i mam czyste sumienie. Jeśli kiedyś zdołamy tu wrócić, załatwię sprawę z właścicielem.
A zwróciwszy się do Maryi, rzekł:
- Sam Bóg przysłał nam tego poczciwego osiołka, więc wsiądź na niego.
Stała się rzecz dziwna, osiołek zgiął kolana, by łatwiej było usiąść na jego grzbiecie, a potem ruszył ze swoim świętym brzemieniem krokiem tak szybkim, że święty Józef musiał się namęczyć, żeby dotrzymać mu kroku. Ale myślał sobie z zadowoleniem:
- Teraz już z pewnością Herod nie zdoła nas doścignąć!
Anioł jednak nie osłabiał czujności i kiedy tak patrzył w dal usłyszał nagle kroki zbliżających się żołnierzy Heroda. Przez chwile polatywał to tu to tam jak zraniony ptak, niepewny, co czynić. Wtenczas wyleciał mu na spotkanie inny anioł, anioł dobrej myśli. Aniołowie latają sobie bowiem w wielkiej liczbie, niby motyle nad łąką, a każdy ma swoje imię i swoje obowiązki.
O Światło Niebiańskie! – wykrzyknął Anioł Stróż. – Nasz Pan Bóg jest w niebezpieczeństwie. Ściga Go Herod! Co mam czynić?
- Wezwij rozsypywaczy śniegu, o Srebrzysty Wartowniku – rzekł Światło Niebiańskie i poleciał do jakiegoś artysty albo proroka.
Wtenczas Srebrzysty Wartownik zadął w swój róg. Rozsypywacze śniegu, nader zajęci sporządzaniem nowych kryształowych gwiazdek, od razu pojęli, w czym rzecz. Niektórzy z nich wywinęli koziołka, z znalazłszy się na dole, wymienili parę słów z Aniołem Stróżem i szybciutko wzbili się z powrotem do nieba.
W mgnieniu oka zagęściły się na północy czarne chmury, słońce znikło, światło stało się posępne i szare i wielkimi płatkami spadł na ziemię śnieg. Łatwo sobie wyobrazić, w jaką wściekłość wpadł dowódca wojska. Odciski stóp zniknęły pod śniegiem i na rozstajach musiał zatrzymać się, zbity z pantałyku. Posłał swoich żołnierzy we wszystkich kierunkach, a sam przez czysty przypadek wybrał z oddziałem drogę właściwą.
Kiedy Anioł Stróż pojął, jakie niebezpieczeństwo nad nimi zawisło, zaczął latać z niepokojem to tu, to tam. Cóż począć teraz.
Spostrzegł nagle wielkie drzewo o wypróchniałym pniu i z gniazdem sroczym wśród gałęzi. A gdyby tak ukryć Świętą Rodzinę w zagłębieniu pnia i rozwiesić z przodu wielką pajęczynę jak czyta się często w starych opowieściach?
Ale mogło się zdarzyć, że dowódca wojska też zna te opowieści i nie da się zwieść.
- Drzewo, drzewo moje kochane, pomóż nam! – wykrzyknął Srebrzysty Wartownik.
I oto zerwał się mocny wiatr, tak, ze drzewo przygięło się do samej ziemi i trwało mocno w tej pozycji. Albo właściwie to anioł przytrzymał je ze wszystkich sił. Wtenczas Światło Niebiańskie natchnął Świętego Józefa, by ten powziął zbawczą myśl.
- Maryjo wejdź do gniazda!
I od razu gniazdo stało się tak wielkie jak tron. Maryja usiadła w nim z Dzieciątkiem, a święty Józef zajął miejsce obok.
- Wejdź osiołku – rzekł anioł – starczy miejsca i dla ciebie.
-He, He - odparł ze śmiechem osioł. – Chcecie wystawić mnie na pośmiewisko! Skoro nie mogę stać się koniem, nie chcę też siedzieć na drzewie jak ptak.
Wtedy anioł puścił koronę drzewa, które powoli wyprostowało się.
Wkrótce potem nadciągnęli żołnierze.
- Z koni! – rozkazał dowódca podoficerowi. – A obejrzyjcie dokładnie wydrążony pień i zobaczcie, czy przypadkiem nie ma z przodu pajęczyny!
- Nikogo! – wykrzyknął podoficer, - Jest tylko osioł, który pokazuje nam ogon.
- Przeklęty osioł! – mruknął dowódca pod nosem.
Zarówno osioł jak i żołnierz poczuli się urażeni.
Podoficer wskazał kapitanowi wielkie gniazdo.
- Przeklęte gniazdo! – ryknął dowódca i dosiadłszy koni ruszyli dalej.
Śnieg przestał padać. Chmury się rozproszyły i na zachodzie słońce zaczęło chylić się nad widnokręgiem niby wielka kula ognia.
- Maryjo – powiedział Józef, wskazując na błękitny skrawek pod słońcem – tam jest morze. Jutro znajdziemy jakiś okręt.
I znowu pojawiła się noc w swoim płaszczu z gwiazd, które lśniły jak nigdy dotąd. Józef i Maryja pozostali spokojnie w ciepłym gnieździe. Osioł dla zabicia czasu na zmianę wtykał łeb albo zadek w zagłębienie w drzewie, by ogrzać się ze wszystkich stron.
Wcześnie rano drzewo pochyliło się znowu ku ziemi i wszyscy poszli ścieżką wśród pól, aż dotarli do morza. Morze tworzyło na brzegu cudowne koronki, jakich nie ma nawet w Brugii. Na piasku leżały muszle niby wielobarwne kwiaty. Naturalnie znalazła się tam barka z przewoźnikiem, który choć kudłaty i spalony od słońca, był może także przebranym aniołem i oznajmił, ze gotów jest przewieźć ich na drugi brzeg.
Mały stateczek wypłynął w morze. Byli uratowani!
Osiołek został na brzegu i patrzył, gdyż nie chciał wejść za nic w świecie do łodzi. Wrócił mu jego zwykły upór.
Ale to już jest, w przeciwnym przypadku bowiem nie byłby osłem!
Patrzył jak się oddalają i pożegnał ich machaniem ogona.
Felix Timmermans
piątek, 21 czerwca 2013
Mały srebrzystowłosy anioł
Mały anioł o srebrnych włosach miał kłopoty. Był tak niegrzeczny, że Święty Piotr wezwał go do siebie. – Podejdź tutaj nicponiu – powiedział. – Coś mi się zdaje, że nie rozumiesz, że u nas w Niebie każdy ma coś do roboty, zwłaszcza teraz, w święta. Każdy z nas musi uszczęśliwić kogoś na Ziemi. – Święty Piotr spojrzał surowo i dodał: „Jednak ty byłeś tak leniwy, że nie możesz u nas zostać. Leć na Ziemię i spraw, żeby ktoś był szczęśliwy. Dopiero wtedy będziesz mógł wrócić do Nieba”.
I oto mały anioł znalazł się za bramą niebios. Zastanawiał się, co właściwie ma począć. Sfrunął na Ziemię, gdzie wszystko było pokryte miękkim, puszystym śniegiem. Aniołkowi było bardzo zimno w cieniutkiej koszulce. Pierwszą istotą, jaką napotkał, był zając, który grzecznie powiedział: „Dzień dobry!” Mały anioł chciał właśnie odpowiedzieć, gdy wtem usłyszał stukot kopyt i dźwięk dzwonka u sań. To był Święty Mikołaj jadący swoimi saniami.
Kiedy Święty Mikołaj dostrzegł małego anioła, zatrzymał sanie i zapytał: „Co ty tu robisz na Ziemi?” Anioł spuścił ze wstydu głowę i przyznał się, że był w Niebie niegrzeczny i leniwy.
- Aha, leniwy – powiedział Święty Mikołaj. – No to chodź ze mną, pomożesz mi dzisiaj w nocy. Wsiadaj do sań!
No i Święty Mikołaj zabrał małego anioła do sań i pojechali. Jechali dość długo, aż sanie raptownie zatrzymały się. Święty Mikołaj jadący swoimi saniami
Potem opróżnił swój worek, w którym były choinkowe ozdoby, i anielskie włosy.
- Może zechciałbyś mi pomóc przy ubieraniu choinek? – zapytał Święty Mikołaj.
- Och, chętnie – odpowiedział radośnie mały anioł.
- Cieszę się – powiedział Święty Mikołaj. – Ponieważ jestem wyższy od ciebie, będę ubierał choinkę od góry, a ty od dołu.
No i Święty Mikołaj i aniołek razem ubierali drzewka, zawiesili też na nich małe prezenty.
Wkrótce wszystkie ozdoby i anielskie włosy znalazły się na choince. Święty Mikołaj ruszył w dalszą drogę, aby przywieźć większe prezenty, obiecał też małemu aniołowi, że go zabierze po powrocie. Wtedy aniołek odkrył, że jedno maleńkie drzewko nie zostało jeszcze przystrojone. Co robić? Nagle wpadł na wspaniały pomysł! Miał przecież złote gwiazdki na swojej koszulce! Pozrywał je i zawiesił na gałęziach drzewka. Co by tu jeszcze dołożyć? Ależ oczywiście! Pasemka swoich cudownych srebrzystych włosów! Ustroił nimi drzewko – a kiedy już skończył, wyglądało naprawdę pięknie. Nawet zwierzęta wyszły z lasu, by je podziwiać!
Święty Mikołaj wrócił, a gdy zobaczył, czego dokonał mały anioł, bardzo go chwalił. – To był wspaniały pomysł – rzekł. – Teraz musimy wszystkie drzewka zawieźć do wioski. Może znajdzie się tam ktoś, kto weźmie twoją choinkę.
Potem Święty Mikołaj wraz z małym aniołem wsiedli do sań i ruszyli przez zaśnieżone pola. W oddali pojawiły się migocące światła domów.
Święty Mikołaj wjechał saniami na plac pośrodku wsi i rozdawał prezenty. Anioł zwijał się i pomagał jak umiał najlepiej. Przyszła wreszcie kolej i na choinkę tak pięknie przyozdobioną jego własnymi srebrnymi włosami i gwiazdkami z jego koszulki. Wziął drzewko i poniósł je w dół ulicy, do domku, gdzie mieszkało troje dzieci. Dzieci właśnie pomagały mamie myć naczynia, kiedy anioł cichutko, na paluszkach wślizgnął się do domu, postawił choinkę i położył pod nią prezenty.
Wymknął się z domu, podfrunął pod okno i zajrzał do środka. Widział, jak dzieci wyszły z kuchni, zobaczyły choinkę, a potem uszczęśliwione radośnie śpiewały i tańczyły wokół drzewka. Krzyczały: „Jaka piękna!” i „Kto ją nam przyniósł?”
Anioł uśmiechnął się – był szczęśliwy. Pośpieszył do Świętego Mikołaja.
- Czy mogę cię dokądś zawieźć – zapytał Święty Mikołaj.
-Tak, bardzo proszę – odpowiedział aniołek. – Zawieź mnie, proszę, do lasu, tam gdzie cię spotkałem. Muszę wracać do Nieba.
- Dobrze – powiedział Święty Mikołaj i ściągnął lejce. – Bardzo dziękuję ci za pomoc. Postaram się, aby Święty Piotr dowiedział się o tym.
- Bardzo dziękuję! Do widzenia! – zawołał mały anioł i znikł w ciemnościach nocy.
Kiedy mały anioł wrócił do Nieba, Święty Piotr oczekiwał go w bramie. Popatrzył srogo i powiedział z wyrzutem: „Co ty z siebie zrobiłeś? Spójrz na swoje włosy! A gdzie podziały się twoje złote gwiazdki?”
Gdy mu aniołek opowiedział, co stało się z jego włosami i złotymi gwiazdkami, Święty Piotr bardzo się ucieszył. – Właściwie teraz możesz wrócić do Nieba! – orzekł.
Święty Piotr był tak uradowany postępkiem małego anioła, że podarował mu nowe złote gwiazdki. Starsze anioły przyszyły mu je do koszulki. A srebrne włosy wkrótce przecież odrosną!
Fragment książki „Wesołe Boże Narodzenie”
wtorek, 11 czerwca 2013
Opowiadanie wigilijne
Zdarzyło się to na Węgrzech, w małym miasteczku liczącym około 1500 mieszkańców.
Nauczycielka szkoły powszechnej była zagorzałą ateistką. Całe jej nauczanie zmierzało do tego, aby odebrać dzieciom wiarę w Boga. Dzieci nie śmiały się bronić. A jednak ich rodziny były wierzące i głęboko przywiązane do praktyk religijnych. Ojciec Norbert, proboszcz parafii, zbierał dziatwę w kościele, na lekcje katechizmu. Nauczanie religii napotykało na wielkie trudności, a jednak dzieci wynosiły z tej nauki wiele i uczęszczały do sakramentów św.
Panna Gertruda, miała jakiś tajemniczy sposób wykrywania dzieci, które przyjmowały Komunię św. i po prostu szalała. A chyba nikt nie mógł donosić, bo cała parafia i dzieci były zżyte.
W klasie IV a była dziewczynka 10-letnia imieniem Anielka, bardzo inteligentna, sumienna. Miała złote serduszko i każdemu spieszyła z pomocą. Była lubiana przez wszystkich.
Nauczycielka szkoły powszechnej była zagorzałą ateistką. Całe jej nauczanie zmierzało do tego, aby odebrać dzieciom wiarę w Boga. Dzieci nie śmiały się bronić. A jednak ich rodziny były wierzące i głęboko przywiązane do praktyk religijnych. Ojciec Norbert, proboszcz parafii, zbierał dziatwę w kościele, na lekcje katechizmu. Nauczanie religii napotykało na wielkie trudności, a jednak dzieci wynosiły z tej nauki wiele i uczęszczały do sakramentów św.
Panna Gertruda, miała jakiś tajemniczy sposób wykrywania dzieci, które przyjmowały Komunię św. i po prostu szalała. A chyba nikt nie mógł donosić, bo cała parafia i dzieci były zżyte.
W klasie IV a była dziewczynka 10-letnia imieniem Anielka, bardzo inteligentna, sumienna. Miała złote serduszko i każdemu spieszyła z pomocą. Była lubiana przez wszystkich.
- Pewnego dnia - opowiada o. Norbert - prosiła mnie o pozwolenie, aby mogła codziennie komunikować.
- Czy wiesz na co się narażasz? zapytałem.
- Księże proboszczu, ona mnie nie pochwyci na żadnym zaniedbaniu się. Gdy przyjmuję Komunię św. jestem silniejsza - powiedziała uśmiechnięta. Pozwoliłem. Od tej chwili IV a stała się jakby przedpiekłem. Nauczycielka uwzięła się na nią i obsypała wyzwiskami. Dziecko znosiło je po bohatersku, lecz mizerniało i bladło.
- Anielko, czy to nie za ciężko? - pytam.
- O nie. Jezus więcej wycierpiał.
Byłem zachwycony postawą dziecka. Nie mogąc przyłapać jej na zaniedbaniu, nauczycielka postanowiła osłabić wiarę dziecka. Wobec masy argumentów, które przeciw Bogu wytaczała, Anielka często nie umiała znaleźć odpowiedzi i stała milcząca tłumiąc łkanie. Wiara jej była niewzruszona.
Pozornie nauczycielka triumfowała. Milczenie Anielki wyprowadzało ją z równowagi. Pozostawała więc tylko modlitwa. Rzecz stała się głośna w całym miasteczku i okolicy. Dla wszystkich było jasne, że w tej wątłej dziewczynce nauczycielka atakowała wspólne dobro - skarb wiary. Nawet rodzice dodawali jej otuchy. Wszyscy ją podziwiali.
Na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, 17 grudnia p. Gertruda wymyśliła okropną zabawę, która w jej mniemaniu miała złamać dziecko.
- Co robisz, gdy rodzice cię wołają?
- Przychodzę.
- Doskonale.
- A co się dzieje, gdy rodzice wołają kominiarza?
- Kominiarz przychodzi.
Serduszko jej biło mocno wyczuwając podstęp.
P. Gertruda pyta dalej:
- Dobrze, kominiarz przychodzi, ponieważ jest, ponieważ istnieje. Ty również przychodzisz na wezwanie, ponieważ istniejesz. Ale wyobraź sobie, że rodzice wołają babunię, która umarła, Czy przyjdzie?
- Myślę, że nie.
- Brawo. A jeżeli zawołają Czerwonego Kapturka czy wróżkę leśną - co się wtedy stanie?
- Nikt nie przyjdzie, bo to bajki.
- Doskonale - triumfowała nauczycielka. Bardzo mądrze odpowiadasz. Widzicie, że osoby istniejące, przychodzą na wezwanie, nieżyjące - nie przychodzą.
- Tak - odpowiedziały dzieci chórem.
- Małe doświadczenie. Anielko wyjdź z klasy. Dziewczynka usłuchała. A teraz dzieci zawołamy ją.
- Anielko, krzyknęło zgodnie 30 dzieciaków, myśląc, że to jakaś zabawa. Anielka weszła.
- A więc gdy wołacie kogoś kto istnieje - przychodzi. Nie przychodzi ten, kto nie istnieje. Wyobraźcie sobie teraz, że wołacie Dzieciątko Jezus. Czy są między wami takie, które wierzą w Dzieciątko Jezus?
Cisza, a potem kilka nieśmiałych głosów: Tak, tak.
Nauczycielka teraz zwraca się do Anielki:
- A ty czy wierzysz, że Dzieciątko Jezus usłyszy gdy je zawołasz?
Anielka wykryła teraz podstęp i odczuła ulgę.
- Tak wierzę, że usłyszy - odpowiada z nagłą mocą.
- Doskonale. Ale spróbujmy. Zawołajcie więc wszystkie razem głośno: Przyjdź Dziecię Jezus. Raz, dwa, trzy - wołajcie.
Dziewczynki spuściły oczy.
W głębokiej ciszy rozległ się szatański śmiech.
- Oto, o czym chciałam was przekonać. Nie odważycie się wołać, bo wiecie dobrze, że nie przyjdzie to wasze Dzieciątko Jezus. A ponieważ was nie usłyszy - nie istnieje, jak Czerwony Kapturek i inne postacie z bajek. Jest tylko bajką, którą nianie opowiadają dzieciom przy kominku, ale nikt nie bierze tych opowiadań poważnie, bo nie są prawdą.
Speszone dzieci milczały przytłoczone pozornie oczywistością wypowiedzianych przez nauczycielkę słów. Może nawet w małych dziecięcych serduszkach obudziła się wątpliwość ...
Rzeczywiście, jeżeli istnieje dlaczego Go nie widzimy?
Anielka stała w ławce śmiertelnie blada.
Nauczycielka rozkoszowała się mieszaniem dzieci. Nareszcie zwyciężyła tę niegodziwą dziewczynkę.
Nagle, stało się coś nieoczekiwanego.
Anielka wyskoczyła na środek klasy, i z oczyma pełnymi blasku krzyknęła: Dobrze, zawołajmy! Słyszycie mnie?
Wszystkie wołały razem: Przyjdź Dziecię Jezus.
W mgnieniu oka, cała klasa znalazła się na nogach. Ręce złożone, wzrok palący, serca ściśnięte ogromnym pragnieniem i krzyk: Przyjdź Dziecię Jezus.
Nauczycielka nie spodziewała się czegoś podobnego. Bezwiednie cofnęła się i utkwiła oczy w Anielkę. Chwila głębokiej ciszy i znów wdzięczny dziecięcy głos: Jeszcze raz ...
Był krzyk, który skały kruszył - powiedziała potem jedna z dziewczynek.
I wówczas stało się ...
Dzieci nie patrzyły na drzwi, ale na przeciwległą ścianę, na której bieliła się twarzyczka Anielki. Ale oto, bezszelestnie otworzyły się drzwi i dzieciom wydawało się, że całe światło w nich się skupiło ... światło to rosło, potężniało ... aż przybrało postać ognistej kuli. Wtedy ogarnęło je przerażenie, ale tylko przez chwilkę tak, że nawet nie zdążyły krzyknąć.
Sala się rozwarła i we wnętrzu jej ukazało się Dzieciątko tak zachwycające, że dzieci oniemiały z wrażenia. Dzieciątko uśmiechało się do nich i choć nie mówiło ani słowa, sama obecność zdawała się czymś przesłodkim. Lęk i zdumienie zniknęły i dzieci odczuwały tylko jakieś przeogromne szczęście.
Trwało to chwilkę! Kwadrans? Godzinę? Tu świadectwa dzieci są różne, ale wszystkie jednogłośnie potwierdziły fakt. Opowiadają nawet zgodnie takie szczegóły jak: że Dziecię było biało ubrane i robiło wrażenie słońca. Bił od Niego taki blask, że światło dnia w porównaniu z nim wydawało się ciemnością.
Kilka dziewczynek doznało jakby porażenia oczu, inne patrzyły swobodnie z najwyższym zachwytem. Dzieciątko nie powiedziało nic, uśmiechało się tylko słodko, aż zniknęło w świetlistej kuli, która również zaczęła powoli wtapiać się w mrok. Drzwi się same cichutko zamknęły, a zachwycone dziewczynki, z serduszkami przepełnionymi radością, nie mogły przez chwilę powiedzieć ani słowa.
Nagle okropny krzyk rozdarł powietrze. Jak oszalała, z oczyma, które wyszły z orbit, nauczycielka wołała dzikim głosem: Przyszedł, przyszedł ... gwałtownie rzuciła się do drzwi zamykając je z trzaskiem.
Anielka, jakby się obudziła ze snu. Widzicie, więc On jest. A teraz podziękujmy, że nas wysłuchał.
I wszyscy uklękli, mówiąc żarliwie: Ojcze nasz ... Zdrowaś Maryjo ... i Chwała Ojcu.
Rozległ się dzwonek na koniec lekcji i dziewczynki wybiegły na pauzę.
Rzecz oczywiście stała się głośna. Pytane jedne po drugich, dziewczęta dawały zgodne, identyczne odpowiedzi. W ich zeznaniach nie było najmniejszej rozbieżności. Dziwił również fakt, że zdarzenie całe nie wydawało się im czymś nadzwyczajnym.
- Ponieważ byłyśmy zaskoczone, Dzieciątko Jezus musiało przyjść, aby nas ratować - tłumaczyła jedna z dziewczynek.
A nauczycielka? Co się z nią stało? Musiano umieścić ją w sanatorium, gdzie przez czas pewien powtarzała bez przerwy: Przyszedł, przyszedł ...
niedziela, 9 czerwca 2013
Stary krasnal
Stary Krasnal (na podstawie bajki Torhild Moen „Gamlenissen”)
Wiercił się, kręcił, przewracał na boki, przecierał oczy, siadał – to stary krasnal na strychu. Zimno, ciemno, wilgotno.
Stary Krasnal spał cały rok. Tak, jak to robił całe lata przedtem, gdy go nie potrzebowali po świętach, a wyjmowali go z pudła na kolejne święta.
Kapotę miał zniszczoną, spodnie też, a czapka zupełnie straciła kolor.
– A może wymienią go na nowego w tym roku?! – myślał przerażony.
W poprzednim roku zauważył nowe aniołki i serduszka na choince. A przy kominku, gdzie tylko on zwykle siadał, posadzono też kilka innych krasnali.
Teraz leżą w pudełku obok i też pewnie czekają na święta.
Z pokojów na dole dochodziła melodia kolęd, czuć było przyjemny zapach pieprzowych ciasteczek.
Stary Krasnal podniósł ostrożnie wieczko pudełka i spojrzał w stronę okienka.
Śnieżna biel tak zaiskrzyła aż musiał przymrużyć oczy.
Zapalono już lampki na choince w ogrodzie, a dzieci ulepiły bałwana.
Stary Krasnal wychylił się jeszcze bardziej z pudełka i zastukał w okienko.
Bałwan spojrzał w górę i mrugnął jednym okiem. Ściemniło się i zrobiło się zimno, więc Stary Krasnal skulił się znowu w pudle. Nagle usłyszał kroki na schodach.
Może przyszli po świąteczne dekoracje? Ależ tak!
Poczuł, że ktoś podnosi jego pudełko i schodzi na dół do pokoju.
Krasnal wciąż siedział skulony i bardzo zdenerwowany. Serce biło mu jak młot.
Słyszał jak wyjmują bombki i kolorowe łańcuchy. Wreszcie ktoś otworzył jego pudełko.
Krasnal zauważył natychmiast, że te nowe krasnale już siedzą przy kominku. A on wciąż leżał w pudełku.
Czyżby zapomnieli o nim? Czy jego czas już się skończył?! – myślał i z trudem powstrzymywał łzy.
Nagle poczuł znajome rączki, które wyjęły go z pudełka. – Mamo, zobacz! – usłyszał. Musisz zreperować Starego Krasnala. On jest najlepszy, jakiego mamy!
Mama wzięła Starego Krasnala do rąk, obejrzała go ze wszystkich stron. Delikatnie wyjęła stare jodłowe igiełki z brody, potem wzięła igłę i wełnianą nitkę i zacerowała kapotę, zszyła też rozerwane spodnie.
A potem zdjęła starą czapkę i założyła nową. Czerwoną i błyszczącą, z bielutkim pomponem! Stary Krasnal poczuł jak robi mu się gorąco w serduszku.
Aż poczerwieniał, a oczy zabłyszczały mu z radości. Był Wieczór Wigilijny. Zapalono lampki na choince i czerwone świeczki w świecznikach. Zapachniało z kuchni; wszyscy usiedli przy stole.
– Mamo! Spójrz na Starego Krasnala! On się uśmiecha! – zawołała Kari i pocałowała Krasnala w czoło. O, tak! To Boże Narodzenie w domu!
Norweskie Krasnoludki nie kichają, bo kiedy wieje zimno z Północy zamykają małymi kluczykami swoje małe nosy.
H. Rasmussen
Pani Łyżeczka
(na podstawie bajki Alfa Proeysena „Teskjekjerringa og nissegrauten”)
Czy Pani Łyżeczka wierzy w krasnoludki? Wybacz, człowieku, Pani Łyżeczka jest nowoczesną kobietą, więc nie pytaj głupio.
Dlaczego Pani Łyżeczka gotuje tak dużo kaszy w Wigilię?
Hm… nie wiem… Może nie ma pod ręką mniejszego garnka? Poza tym mąż musi dostać kaszę o drugiej! No, i Pani Łyżeczka sama lubi dobrze zjeść. No, i lubi kota. Kotu też się coś należy w wigilijny wieczór!
Ale… czy zostanie dużo tej kaszy? No, tak! Postaram się wytłumaczyć ci dokładnie, człowieku, aż skończysz z tymi niemądrymi pytaniami. Jeśli chcesz wiedzieć, Pani Łyżeczka zna się na tradycjach, absolutnie! A jest taka bardzo piękna tradycja: wystawiania w Wigilię miski z kaszą przed oborą. To się nazywa kontynuowanie najstarszych tradycji i zwyczajów. Rozumiesz?!
To właśnie miała na myśli Pani Łyżeczka idąc do obory z miską kaszy, tuż przed wigilijną kolacją. Postawiła miskę z kaszą przed drzwiami obory i właśnie odwróciła się szybko, gdy nagle zmniejszyła się i stała się nie większa od małej łyżeczki. Zmniejszając się stanęła na brzegu miski i… wpadła do środka!
– No, tak! Mogę śmiało powiedzieć, że wpadłam we własną kaszę – powiedziała Pani Łyżeczka, uśmiechając się. Trzeba przyznać, że Pani Łyżeczka miała poczucie humoru. Próbowała dwa razy wdrapać się na brzeg miski, ale za każdym razem ześlizgiwała się z powrotem do kaszy. Za trzecim razem… też się nie udało i to okropnie Panią Łyżeczkę rozzłościło. Naprawdę, istnieją granice dobrego humoru! Gdy ma się bluzkę i spódnicę umoczoną w kaszy!
Ale nagle, co to? Słychać jakieś kroki przy misce. Pani Łyżeczka stanęła na palcach, ale zobaczyła tylko spiczaste czerwone czapeczki.
– Pomyśleć, że w tym roku znowu ktoś o nas pamiętał – powiedział jeden w czerwonej czapeczce i wyciągnął zza pelerynki małą łyżeczkę. Pozostałe krasnoludki (bo przecież to one właśnie były) też wyjęły łyżeczki i zaczęły zajadać kaszę. Biedna Pani Łyżeczka skakała w kaszy z miejsca na miejsce, aby żadna krasnoludkowa łyżeczka jej nie dosięgła. Nagle do miski trafiła dużo większa łyżka taty-krasnala, który musiał właśnie nadejść.
– Koniec ze mną! – pomyślała Pani Łyżeczka i poczuła, że tata-krasnal unosi ją na swojej łyżce razem z kaszą. Właśnie chciał włożyć łyżkę z kaszą do buzi, gdy usłyszał cieniutki krzyk:
– Nie ośmielisz się chyba mnie zjeść! – wrzasnęła Pani Łyżeczka.
– Wielki Boże! – przestraszył się krasnal. A cóż to za dziwy?! Można by pomyśleć, że to Pani Łyżeczka!”
– Żebyś wiedział, że to ja! – burknęła Pani Łyżeczka.
– Coś kręcisz. Pani Łyżeczka w rzeczywistości nie istnieje. To tylko taka postać z bajki. My nie wierzymy w bajki. Jesteśmy nowoczesnymi krasnoludkami.
– Jeśli ty nie wierzysz we mnie, to ja nie wierzę w ciebie! – krzyknęła Pani Łyżeczka i rzuciła kulkę z kaszy prosto w nos taty-krasnala.
– Przecież widzisz nas i słyszysz, to musisz w nas wierzyć” – powiedział z powagą tata-krasnal.
– Ty też mnie widzisz! – odrzekła Pani Łyżeczka i zaczęła płakać. Tata-krasnal i wszystkie krasnoludki popatrzyły na siebie bezradnie i też zaczęły płakać.
– Nie rozumiem, jakie to dziwne czasy – chlipała Pani Łyżeczka. – Dawniej ludzie wierzyli w to i w tamto, a teraz?! Gadają tylko o komputerach, planetach i sputnikach. Jak człowiek wspomni o czymś innym, to tylko wyśmiewają!
Nagle odezwał się najmniejszy krasnoludek: – Ja wiezię w ciebie, Pani Iziećko, bo jeśtem majutki.
– O! My też właściwie wierzymy w ciebie wszyscy, jeśli o to chodzi – westchnął tata-krasnal.
– Ze mną jest tak samo – odrzekła Pani Łyżeczka patrząc w niebo – wierzyłam w krasnoludki, gdy byłam mała, a gdy raz przestałam wierzyć, zrobiło się tak zimno i pusto dookoła…
– Wiezimy, wiezimy w Panią Idziećkę – zaśpiewał krasnoludek i zatańczył polkę.
– Tylko żebyśmy zawsze umieli się do tego przyznać – szepnęła zamyślona mama-krasnal i pogłaskała się po fartuchu.
– Wiem, co zrobimy! - zawołała Pani Łyżeczka. Ja wierzę w krasnoludki, a krasnoludki wierzą we mnie. Ale jeśli jakiś mądrala nas o to spyta, to nic nie odpowiemy. Będziemy się tylko uśmiechać i chichotać.
– Tak! Zróbmy tak! – zawołał tata-krasnal. Ale teraz musisz już chyba wracać. My dziękujemy za kaszę. Musimy pójść do stodoły sąsiadów i zobaczyć czy tamte krasnoludki też dostały kaszę. Do zobaczenia za rok, kochana Pani Łyżeczko!
I poszły krasnale. Pani Łyżeczka znowu stała się duża i poszła do domu.
Mąż Pani Łyżeczki siedział na kanapie i czytał książkę pt. „Boże Narodzenie pod kołem podbiegunowym”.
Spojrzał na Panią Łyżeczkę.
– No, nie! Gdzieś ty była! Jak ty wyglądasz! – krzyknął. Człowiek mógłby pomyśleć, że byłaś w oborze i wpadłaś do miski z kaszą!
Ha, ha, ha! – zaśmiała się Pani Łyżeczka aż się ściany zatrzęsły.
Ha, ha, ha! – odezwało się echem z obory sąsiadów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



.jpg)
.jpg)
.jpg)



