Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Amelka

Dawno dawno temu w niedużym, wiecznie skutym lodem miasteczku żyła sobie mała dziewczynka. Miała na imię Amelka i bardzo lubiła słuchać bajek.
Wieczorami, zanim położyła się spać zawsze przenosiła się w wyobraźni do wspaniałych miejsc.      W jej marzeniach zawsze świeciło słońce. Tam, gdzie mieszkała - słońce nie wychodziło już od dawna. O ostatnim razie, gdy się pojawiło opowiadał jej dziadek. Dlatego właśnie uwielbiała siadać u niego na kolanach otulona kocykiem i przytulać się do długiej siwej brody. Zawsze, kiedy dziadek coś jej opowiadał wydawało jej się, że przenosi się w magiczne czasy. To on zaraził ją miłością do długich opowieści.
Pewnego razu Amelka zapytała dziadka, dlaczego właściwie ich miasteczko jest cały czas tak zaśnieżone, ciemne i zimne. Dziadek jednak niestety, zasmucony, odpowiedział, że tego nikt nie wie.
Amelka postanowiła nie odpuszczać i dowiedzieć się o co chodzi. Wybrała się na spacer do biblioteki, licząc że coś tam znajdzie. Gdy dotarła na miejsce okazało się, że jest zamknięta. Siadła więc na progu i zaczęła płakać. Nagle poczuła jak coś ciągnie ją za nogawkę spodni. Rozejrzała się, ale nikogo nie dostrzegła. Wtedy na jej kolano wdrapała się malutka istotka. Amelka patrzyła zadziwiona i własnym oczom nie wierzyła. Zobaczyła bowiem… krasnoludka!
Wybąkała cicho:
  - eee Czy Ty jesteś krasnoludkiem?
Stworzonko uśmiechnęło się :
 - Oj Amelko, nad czym się zastanawiasz. Przecież tyle razy widziałaś mnie już w swojej wyobraźni
    - No tak, zawsze chciałam spotkać skrzata, ale wydawało mi się, że nie istniejecie.
    - W gruncie rzeczy Malutka wierzyłaś, że jednak jesteśmy prawda?
    - Racja, ale dorośli i inne dzieci przekonały mnie, że to niemożliwe.
    - Eh… To takie smutne… Słuchaj. Wiem, że próbujesz dowiedzieć się dlaczego nie świeci u nas słońce. Na Radzie Zarządu Krasnali zdecydowaliśmy, że jesteś jedyną osobą w całym miasteczku, która może coś z tym zrobić.
-Jak to możliwe? Przecież jestem tylko małą dziewczynką!
    -Właśnie o to chodzi. Wiesz dlaczego panuje u nas wieczna zima? Bo wszyscy przestali marzyć! Nawet dzieci, które powinny to robić cały czas.
    - Naprawdę? To bardzo smutne. Ale co ja właściwie miałabym z tym zrobić?
    - Musisz przekonać dzieci, że warto marzyć i używać fantazji.

Nie zważając na zdziwienie Amelki krasnoludek kazał jej pójść za sobą. Dotarli razem do lasu. Tam, pod wielkim kasztanowcem czekał już śliczny kucyk. Krasnal powiedział, że ma na imię Gwiazdeczka i zabierze Amelkę w wyjątkowe miejsce, po czym zniknął. Dziewczynka wsiadła na konika i wtedy zauważyła, że ma on dwa wspaniałe skrzydła. Gwiazdeczka łagodnie wznosiła się. Lot był dla Amelki czymś niesamowitym i kiedy wylądowali, było jej przykro, że już się skończył. Wtedy zobaczyła przed sobą małą drewnianą chatkę. Postanowiła wejść do środka. Po otwarciu drzwi czekał na nią wyjątkowy widok. Zobaczyła kilka instrumentów, które - co najdziwniejsze zachowywały się jak ludzie, a nawet ze sobą rozmawiały. Jeden z nich, najgłośniejszy szybko podbiegł do Amelki i przedstawił się:
 - Jestem Bębenek Florianek. Cieszymy się Amelko, że wreszcie do nas trafiłaś.
    - Tyle razy o was czytałam i marzyłam, że was spotkam, ale nie sądziłam, że to będzie możliwe.
    - No widzisz. Jak się w coś wierzy całym serduszkiem i robi wszystko, żeby to się stało to nie ma nic niemożliwego. Zwłaszcza dla dzieci, one potrafią to najpełniej. A teraz pomożemy Ci spełnić Twoje największe marzenie - napiszemy razem piosenkę. Co Ty na to?
Amelka zaniemówiła z zachwytu. Tworzyli, tworzyli, a kiedy dzieło zostało ukończone musieli się pożegnać i dziewczynka znowu na Gwiazdeczce wróciła do domu.
Wspominając magiczną wyprawę Amelka doszła do wniosku, że to, że jej marzenie się spełniło może pomóc innym dzieciom nauczyć się używać fantazji. Wpadła na pomysł, by napisać opowieść o tym co jej się przytrafiło, a kiedy pójdzie do szkoły zaśpiewać wszystkim dzieciom piosenkę, którą stworzyła wraz z Floriankiem i całą radosną zgrają.
I tym sposobem w miasteczku znowu zaświeciło słońce. A wszystkie dzieci, nawet kiedy były już dorosłe pamiętały żeby nigdy nie przestawać marzyć i przekazywały to komu tylko mogły. Dzięki temu teraz cały świat jest rozpromieniony i uśmiechnięty.

piątek, 23 października 2015

„Mikołajkowe gawędy” Mariola Jarocka

Nie wszyscy pewnie wiecie, że na dalekiej północy, w domu otoczonym zewsząd śniegiem i lodem, znajduje się siedziba Mikołaja. Tak, tego samego, który rozdaje dzieciom prezenty w dzień swego święta, czyli 6 grudnia. Mikołaj, choć to może wydać się dziwne niejednemu z Was, mieszka od wieków w tej zimnej, choć pełnej czarów krainie. I od dawna też stara się sprawić, by ten jeden wieczór miał dla dzieci niezwykły smak. Smak radości, niespodzianki i ciepłego uśmiechu… Mikołaj lubi też opowiadać o tym, jak zmieniał się świat, ludzi oraz samo święto! Bohaterami tych opowieści bywają dzieci, skrzaty, zwierzęta i sam Mikołaj, a więc ci wszyscy, którym przesłanie dobra, pomocy i radości są szczególnie bliskie… Na kartach tej książki znajdziecie właśnie takie opowieści. Usiądźcie więc wygodnie i posłuchajcie Mikołajowej gawędy…

środa, 10 grudnia 2014

Czy wiesz skąd pochodzi zwyczaj zostawiania ciasteczek i mleka dla Mikołaja?

Zwyczaj pozostawiania ciasteczek i mleka dla świętego Mikołaja pochodzi z zachodnich Niemiec. Od średniowiecznego zwyczaju drzewek ozdobionych jabłkami, cukierkami i piernikami. W miarę upływu czasu Święty podjadał te smakołyki, aby utrzymać się w formie. I nie ukrywajmy, że Mikołaj jest strasznym łakomczuchem. Dzieci i prawdopodobnie rodzice zauważyli, że ktoś podjada dekoracje. I tak się zaczęło zostawianie dla Mikołaja ciastek i mleka do popicia.

sobota, 15 listopada 2014

Opowiadanie wigilijne

„Tylko pamiętaj, musisz być szczególnie grzeczny w czasie Adwentu, bo inaczej nie narodzi się dla ciebie Pan Jezus”. Janek pamiętał o tym dobrze, ale nie wiedział, co to znaczy. Wstydził się zresztą, że taki jest niemądry, i nie śmiał nikogo pytać. „Bo co to znaczy, że Pan Jezus nie narodzi się dla mnie. Jak się narodzi, to się narodzi dla wszystkich. Zresztą co to znaczy, że się narodzi? Przecież raz już się narodził. Czy można się drugi raz narodzić? A może naprawdę tylko wtedy się dowiem, kiedy będę szczególnie grzeczny”. I w gruncie rzeczy starał się być grzeczny w Adwencie.

Najpierw, jak rokrocznie, czekał na przyjście Świętego Mikołaja. Prawdę mówiąc, nie wiedział, jak to jest z tym Świętym Mikołajem. Kiedyś w szkole nieopatrznie wyrwało mu się jakieś takie zdanie o Świętym Mikołaju. Kolega, którego bardzo nie lubił i który Janka też nie lubił i przezywał go „ślamazara”, zaczął wykrzykiwać:
- Patrzcie, jeszcze jeden, co wierzy w Świętego Mikołaja.
Zresztą już wcześniej o tym mówili inni koledzy, że to nie żaden święty z nieba przychodzi z podarkami, tylko rodzice je podkładają. Na wszelki wypadek spytał mamy:
- Mamo, czy przyjdzie do ciebie Święty Mikołaj?
- Nie. Święty Mikołaj przychodzi do dzieci. Tylko czasem przychodzi do starszych.
- To do ciebie też nie przyjdzie?
- Nie.
Janek zmarkotniał. Po chwili zapytał:
- A co chciałabyś dostać od Świętego Mikołaja?
Mama nie wiedziała.
- No powiedz co. Może chusteczki do nosa. Ja mam takie piękne. Pamiętasz, w tamtym roku otrzymałem od babci na imieniny. Ale ich nie używałem, bo mi było żal. A tobie się bardzo podobały. Dobrze?
- Dobrze – odpowiedziała mama.
- Tylko jak to zrobimy? Bo ty nie możesz o tym wcześniej wiedzieć. Wobec tego podłożę ci pod poduszkę, a tobie będzie wolno tam dopiero zaglądnąć w nocy. Dobrze?
- Dobrze – mama się zgodziła.
- No a tatuś? Żeby mu nie było smutno. To może ja dla niego kupię skarpetki i tak samo zrobię.
W wieczór Świętego Mikołaja Janek przyrzekał sobie, że nie będzie spał. Że musi przekonać się, czy to Święty Mikołaj przychodzi, czy nie. Czytał jeszcze długo w łóżku, aż go mama upomniała. Zgasił światło, ale starał się czuwać. Początkowo nawet nie był śpiący. Potem jednak oczy same mu się zamykały. Walczył całym wysiłkiem woli, aby nie zasnąć. Nawet przez chwilę palcami przytrzymywał powieki. Specjalnie, żeby się rozbudzić, przypominał sobie rozmaite śmieszne historie, ale nic nie pomagało. Wreszcie powiedział sobie: „Zdrzemnę się na małą chwilkę. Tylko na moment”.
Zbudził się w głębi nocy. W pierwszej chwili nie wiedział dlaczego, ale zaraz przypomniał sobie, że miał czuwać, bo chciał zobaczyć Świętego Mikołaja. „Czy tylko on nie przyszedł wtedy, kiedy spałem?” Pocieszał się, że niemożliwe. „Przecież to była tylko chwilka”. W tak krótkim czasie Święty Mikołaj nie mógł przyjść. A może jednak? Sięgnął ręką pod poduszkę.
Uspokojony stwierdził, że nie ma tam nic. Ale posłyszał jakiś delikatny szelest papieru nad głową. Sięgnął tam i namacał paczkę. Serce zaczęło mu się tłuc z wrażenia. Usiadł na łóżku, paczkę położył przed sobą na kołdrze i zaczął powoli, możliwie najciszej rozwiązywać sznurek. Ale nie bardzo sobie mógł z tym poradzić. Chciał jak najprędzej dostać się do środka, zaczął szamotać się z węzełkiem i wtedy obudziła się siostra. Tym lepiej, bo już nie trzeba było siedzieć w ciemności. Można było zaświecić lampkę nocną. Po cichutku, żeby nie zbudzić rodziców, wygrzebał się z łóżka, uklęknął na krześle, paczkę położył na stole i zabrał się do rozpakowywania. Siostra naśladowała go dokładnie. Też wyszła z łóżeczka, też uklękła na krześle. Spostrzegł, jak swoim zwyczajem z przejęcia wysunęła języczek, przygryzła zębami i rozwijała powolutku, uważnie papier, aby nie szeleścić. Ale na nic to się nie zdało. Nagle drzwi otworzyły się i wpadła do pokoju mama w nocnej koszuli. Porwała go w objęcia, mówiąc:
- I do mnie przyszedł Święty Mikołaj, popatrz, co mi przyniósł.
Pokazała mu chusteczki do nosa. Potem przyszedł tatuś, przytulił go i pokazał mu skarpety, które on wieczorem podłożył tatusiowi pod poduszkę. Chociaż naprawdę Janek nie był już taki pewny, czy to były te same, które on kupił, czy też „świętomikołajowe” – podobne wątpliwości miał co do chusteczek mamy. Ale nie było czasu na namyślanie się, bo mama zaraz wsadziła z powrotem jego i siostrę do łóżka. Poprawiła, jak to miała w zwyczaju, kołdrę koło szyi i przy nogach, „żeby nie wiało”, pocałowała go, zrobiła mu krzyżyk na czole, zgasiła światło, powiedziała:
- Śpijcie już, śpijcie, bo jutro szkoła – i wyszła po cichu wraz z tatą.
Długo nie mógł usnąć. Jeszcze chwilę szeptali sobie z siostrą rozmaite piękne rzeczy. Potem ona zasnęła. Usłyszał jej głęboki, regularny oddech. Wobec tego patrzył w ciemność i myślał sobie, że chyba bardziej się cieszy z tego, że sprawił mamie i tatusiowi radość, niż z tego, co on sam otrzymał. A właściwie to było i tak, i tak: cieszył się z tego jednego i z tego drugiego. Potem jakoś samo przyszło mu na myśl, że pastuszkowie i trzej królowie też musieli się cieszyć, gdy złożyli Panu Jezusowi dar. Jeszcze wpatrywał się tak po swojemu w ciemność przymrużonymi oczami, widział sznury kolorowych koralików zbiegających z góry na dół i migających wszystkimi barwami, i zasnął.
Po Mikołaju jak co roku zaczęło się przygotowywanie do Bożego Narodzenia. Wieczorami, gdy tylko była jakaś godzina wolna, gdy odrobione były wszystkie zadania i wykonane to, co do niego należało w domu, Janek wyciągał wraz z siostrą pudła z zabawkami i ozdobami choinkowymi i zabierał się do roboty. Po kolei, pudło za pudłem. Po otworzeniu każdego z nich okazywało się, jak wiele jest do zrobienia. Chociaż poprzedniego roku bardzo uważnie zdejmował zabawki z drzewka i z pomocą mamy wkładał do pudła, to jednak były one bardzo zniszczone. Wobec tego na nowo robił wydmuszki, malował na nich twarze pajaców, od góry dolepiał im szpiczaste czapki, a od dołu brody. Wycinał z kolorowego papieru pawie oka, robił jeże, wbijając w korek szpilki z ponawlekanymi koralikami, a co najważniejsze – wiązał łańcuchy. I to rozmaite: ze słomek i z bibuły, ale najmilsze, najprostsze i najtrwalsze były zawsze te same „prawdziwe” łańcuchy sklejane z wąskich pasków kolorowego papieru. Na koniec trzeba było złocić orzechy, powbijać patyczki, przywiązać niteczki. Robota była długa i na pozór uciążliwa. Przynajmniej tak się mamie zdawało, bo niejednokrotnie przypominała i nakazywała, aby nie zaprzestać tej pracy. Ale Janek dziwił się mamie, że tego nie rozumie. Przecież przygotowywanie zabawek na drzewko to była czysta radość. On sam najchętniej codziennie siedziałby wieczorami nad tymi kolorowymi i migocącymi cudownościami. Jeżeli tę robotę odkładał na koniec swoich zajęć to tylko dlatego, że wiedział, że najpierw trzeba było wykonać swoje codzienne obowiązki. Pamiętał dobrze to, co mu mama powiedziała na początku Adwentu: „Jak będziesz niegrzeczny, to się nie narodzi dla ciebie Pan Jezus”. Wobec tego starał się być grzeczny.
Gdy już wszystkie zabawki były przygotowane, posegregowane, powkładane do nowych, świeżych pudeł, zabrał się do najprzyjemniejszej roboty: do odnowienia szopki. Odwinięta z papierów, w które była w ubiegłym roku zapakowana, okazała się do niczego: gwiazda była pogięta, szybki podarte, a pasterze i święty Józef byli trochę osmoleni. Jeżeli co, to mogła tylko zostać Matka Boska i Dzieciątko Jezus. Wobec tego trzeba się było postarać o nową słomę na dach i wreszcie zelektryfikować stajnię – jeżeli nie na transformator, to przynajmniej na baterie – bo świecić świeczkami w tych czasach, to już wstyd.
Tymczasem na ulicach coraz bardziej rozkręcał się świąteczny ruch. Na wystawach były rozmaite święte mikołaje z długimi brodami i krótkimi, ubrane w niebieskie szaty albo czerwone, aniołowie jak prawdziwi, gałęzie jodły z bańkami, świeczkami, prezenty poowijane w kolorowe opakowania, przewiązane błyszczącymi wstążeczkami, przygotowane tak, żeby tylko przyjść, kupić i podłożyć pod choinkę. Wszystkie napisy mówiły o zbliżających się świętach. Popołudniami nawet trudno było wejść do sklepów, bo tylu ludzi wchodziło i wychodziło, przepychało się i potrącało, spieszyło się, by zdążyć nie wiadomo gdzie i po co. Na placach wyrosły kolorowe stragany, gdzie sprzedawano włosy anielskie, gwiazdy, rozmaite cukierki. Wreszcie pojawiły się obok straganów choinki świerkowe, jodłowe, małe, malutkie i całkiem duże. Te lubił najbardziej. Gdy tylko wychodził po zakupy, korzystał z każdej okazji, by podejść do nich, dotknąć ich gałęzi.
„Co to znaczy, że Pan Jezus ma się dla mnie narodzić?” Ta myśl towarzyszyła mu wciąż wtedy, gdy patrzył na wystawy świąteczne, na ludzi spieszących się.
Na koniec tatuś przyniósł do domu choinkę. Uprosili go wraz z siostrą, żeby choinkę postawić tymczasem w ich pokoju. Stała piękna, zielona, pachnąca lasem i żywicą, i czekała, tak jak on, na święta. Nawet wtedy, gdy już zgasło światło i trzeba było spać, chociaż nie można było jej widzieć w ciemności, dobrze mu było z nią.
Aż przyszedł dzień wigilijny. Dom był pełen zapachów rozmaitych zup, ciast, pieczeni. Tylko nie wiadomo dlaczego od samego rana było wszystko w pośpiechu i na wszystko za późno, choć do wieczora była cała masa czasu. Mama co chwila ostrzegała, że trzeba z nią obchodzić się ostrożnie, bo może im obojgu urządzić lanie, a jak dzieci w Wigilię dostaną lanie, to będą je dostawały cały rok. Przypominała, że diabeł dzisiaj wszystko robi, żeby ludzi zezłościć, bo chce popsuć święta.
I mimo to doszło do tego, przed czym mama ostrzegała, doszło do awantury. Oczywiście przez siostrę, którą Janek musiał lekko ukarać. Ona uderzyła w ryk, jak zwykle nie wiadomo o co. Faktycznie zaczęła jej lecieć krew z nosa, ale przecież nic wielkiego się nie stało. W to niepotrzebnie wmieszała się mama. Janek usiłował spokojnie mamie wytłumaczyć, jak było z siostrą od początku do końca, wtedy mama upomniała go, żeby na nią nie krzyczał, bo nie ma prawa podnosić na nią głosu. W to z kolei wkroczył najzupełniej niepotrzebnie tata, zaczął krzyczeć, żeby Janek natychmiast przeprosił mamę. Nie chciał słyszeć żadnych wyjaśnień. Nie dochodziło do niego zupełnie to, co Janek wciąż powtarzał, że chętnie przeprosi mamę, jak tylko będzie wiedział za co. No i Janek musiał chwilę stać w kącie. Uważał, że dzieje mu się krzywda. A co najgorsze, mama się na niego obraziła i nie chciała się do niego odzywać, chociaż on próbował na wszystkie sposoby. Wobec tego Janek też się na mamę obraził. – Jeżeli mama się nie chce odzywać, to nie musi, ale on do mamy też nie będzie mówił nic. Może milczeć, tak jak mama, i udawać, że mamy nie dostrzega, tak samo jak ona jego. – A więc było gorzej niż źle i to w dodatku w taki dzień. Najbardziej był wściekły na siostrę, która naraz stała się ta dobra, najukochańsza i do tego pokrzywdzona. Do pasji doprowadzało go to, że chciała spełniać rolę pośrednika między nim a mamą.
Tak już zostało do samego wieczora. Namyślał się, czy by nie pójść z domu, żeby nie zasiadać przy stole wigilijnym. „Może wtedy by sobie przypomnieli o mnie”. Ale właściwie nie bardzo miał gdzie iść. U wszystkich kolegów była też na pewno Wigilia i byłoby to dla nich niezręczne, gdyby on do nich przyszedł. Wtedy zresztą z pewnością zainteresowaliby się nim rodzice jego kolegów, dzwoniliby do taty Janka. Nie, to nie miało sensu. Po ulicach nie chciało mu się spacerować. Był przed południem po zakupy i zmarzł porządnie.
Do Wigilii, tak jak w roku poprzednim, ubrał się w najlepsze ubranie, zawiązał sobie, bez pomocy mamy, najpiękniejszy krawat. Węzeł nie był z pewnością tak zawiązany, jak być powinien, ale w końcu to nie było ważne i Janek postanowił, że nie odezwie się do nikogo ani słowem. Patrzył na pozór obojętnie, jak mama przygotowywała stół. Najchętniej by jej pomógł, gdyby powiedziała chociaż słowo. Nawet nie musiałaby prosić, tylko mogłaby polecić, żeby zrobił to albo tamto, ale jak nie, to nie. Stał i przyglądał się. Było jak co roku. Mama rozsunęła najpierw stół, potem na środku umieściła trochę siana, przykryła stół najpiękniejszym białym obrusem, jaki tylko był w domu. Z kolei na obrusie, w miejscu gdzie leżało siano, położyła opłatek. Ten widok zawsze, co roku, go wzruszał, bo wiedział, co to znaczy: opłatki oznaczają Pana Jezusa, który się narodził na sianie. Ale teraz stał obojętny i patrzył zimny jak głaz. Potem mama rozkładała talerze z pomocą siostry, która podlizywała się mamie jak mogła i była taka uprzejma, że aż się niedobrze robiło z tych słodkości. Gwiazdka na pewno już dawno zaświeciła na ciemnym niebie, ale jakoś nikt nie pamiętał, by wyglądać przez okno. On pamiętał, ale też nie wypatrywał jej. Gdy wieczerza była gotowa, podeszli wszyscy do stołu. Na koniec podszedł i Janek. Tata i mama uklękli przy stole, ta smarkata też uklękła. Uklęknął i on z ociąganiem. Tego bał się najbardziej. Tata zaczął się modlić na głos, potem wszyscy wstali, tata wziął Ewangelię i zaczął czytać o tym, jak to tam wtedy było. Słuchał tego, co znał prawie na pamięć i było mu bardzo smutno. Tak długo czekał na te święta, tak myślał, że może dla niego Pan Jezus się też narodzi, a tymczasem wszystko się pokiełbasiło i to przez tę głupią srokę.
Gdy tatuś skończył czytać, odłożył Ewangelię, schylił się nad stołem, wziął opłatek, podszedł do mamy, zaczął do niej coś mówić. Janek już nie bardzo słyszał, co tam tatuś mówi, tylko patrzył na mamę. Mama najpierw się uśmiechała, ale najwyraźniej z dużym zażenowaniem, a potem do uśmiechu zaczęły dołączać się łzy. Popatrzył na tatę. On był też bardzo wzruszony, ucałował mamę najpierw w rękę, potem w buzię. Janek wiedział, że kolej na niego. Zrozumiał, że dopiero teraz przychodzi moment najgorszy. Tymczasem nagle znalazł się w objęciach mamy i poczuł, jak wszystko tamto, co było w jego duszy twarde jak skała, znikło. Zrobiło mu się bardzo żal, że był taki niedobry dla mamy, przytulił się do niej i zaczął płakać jak malutkie dziecko. Słyszał tylko jak przez mgłę słowa mamy: „ty głuptasku” i życzenia jakieś: „żeby był grzeczny i żeby się dobrze uczył”. Czuł, że mama wciąż głaszcze go po głowie i najchętniej trwałby tak przytulony do mamy, bo mu było dobrze, a oprócz tego wstydził się: bo jak tu pokazać swoją zapłakaną twarz tatusiowi i siostrze. Ale już znalazł się w ramionach taty, który się tak zachował, jakby niczego nie zauważył, poklepał go po plecach i powiedział jak zwykle:
- Żebyś był dzielnym człowiekiem i żebym ja się nie musiał za ciebie wstydzić.
Janek wciąż miał jeszcze mokre oczy i trudno mu było złapać oddech. Na szczęście przyszła kolej na siostrę, która była zaryczana jeszcze bardziej niż on sam i nie musiał się przed nią niczego wstydzić. Wreszcie trzeba było zasiąść do stołu. Wszyscy udawali, że są bardzo zajęci jedzeniem zupy. Tata nawet pochwalił, że świetna zupa grzybowa, mama z uśmiechem przetykanym łzami odpowiedziała, że to nie świetna zupa grzybowa, najwyżej jest to świetny barszcz, wszyscy się śmiali i udawali, że to ze śmiechu wycierają łzy i było już wszystko bardzo dobrze. Potem było jeszcze jedno danie i jeszcze jedno, i jeszcze jedno – trudno było je zliczyć. Nawet już nie bardzo mógł jeść, ale jadł dalej, choćby dlatego, by ukryć wzruszenie, które wciąż jeszcze nim wstrząsało. Wreszcie pojawił się kompot z suszonych śliwek i to był koniec. Wtedy tata powiedział:
- Janek, baw się w kościelnego i zapal świece.
Wobec tego zaczął zapalać świeczki. Tata zgasił światło i zaczęło się kolędowanie. Janek wziął śpiewnik z kolędami i śpiewał jedną za drugą po kolei, których tylko melodie pamiętał. Siostrzyczka się do niego przytuliła i usiłowała mu wtórować, fałszując niemiłosiernie. Całemu śpiewaniu przewodziła mama, która miała śliczny głos. Tata włączał się tylko od czasu do czasu.
Tak mógłby siedzieć do samego rana i kolędować, ale mama stwierdziła, że już pora spać i że jeszcze moment, a Janek z siostrą pospadają z krzeseł jak gruszki z wierzby, bo im tak lecą głowy. Chociaż to nie była prawda, chętnie poszedł się myć, bo jednak w gruncie rzeczy spać mu się chciało. Za chwilę był już w łóżku, które na początku było zimne, pachniało krochmalem i świeżością jak nigdy w ciągu roku. Mama oświadczyła, że Janek z siostrą zostaną w domu, a ona z tatą pójdzie na pasterkę. A przedtem zrobi tylko porządek w kuchni.
Leżał w łóżku i przez uchylone drzwi patrzył na choinkę błyskającą w ciemnościach wszystkimi swoimi wspaniałościami. Było mu dobrze jak nigdy w życiu, tak dobrze, że najchętniej by umarł ze szczęścia. Przymrużył oczy, jak to miał zwyczaj robić. Kolorowe paciorki mrowiły się z góry na dół coraz bardziej, coraz szybciej, wreszcie tyle ich było, że aż stały się całkiem białe – to już nie były paciorki, tylko zawierucha, która wokół niego się kłębiła. Szedł w niej po omacku, ale wcale się nie bał. Chociaż płatki śniegu wirowały wokół niego, wcale nie czuł ani zimna, ani wiatru, ani śniegu na twarzy, było mu dobrze i ciepło. Szedł wciąż naprzód i nie obawiał się, że zbłądzi. Jeszcze mu tego nikt nie mówił, ani on sobie sam też nie, ale wiedział, że idzie do Jezusa, który się narodził w stajni. Nagle znalazł się na drodze w lesie. Las był podobny do parku, gdzie w lecie bawił się, a w zimie chodził czasem z mamą i siostrą na sanki. Były podobne drzewa i krzaki, tylko wszystkie przysypane grubą warstwą śniegu. Chociaż wiedział, że jest noc, to jednak było jasno – chyba od księżyca – a śnieg się skrzył jak diamenty. Nagle znalazł się na skraju jakiejś polany. W głębi niej zobaczył stajenkę. Była podobna do tej, którą budował w czasie Adwentu. Strzecha przywalona śniegiem, nad nią gwiazda z wielkim ogonem. Światło, które padało przez otwarte drzwi i okna, oświecało krzaki i drzewa stojące w pobliżu. Nagle znalazł się wewnątrz szopki. Klęczał na podłodze stajni. Obok siebie spostrzegł klęczącego tatusia i mamusię oraz siostrę, którzy uśmiechali się do niego. Poczuł się tak samo szczęśliwy jak w czasie Wigilii przy składaniu życzeń. Wtedy przypomniał sobie to, co mama mu powiedziała na samym początku Adwentu, że gdy będzie grzeczny, to Pan Jezus narodzi się dla niego. „Czy Jezus narodził się dla mnie także?” Poczuł, że musi spojrzeć w żłobek. „Jezus tam na pewno jest. Tylko czy ja Go zobaczę?” – przeniknął go głęboki niepokój. Ale przecież powinien zobaczyć. „Przecież przeprosiłem mamę, tatę i siostrę. Przecież starałem się być grzeczny podczas Adwentu”. Pełen determinacji zdecydował się. Z oczami pełnymi łez podniósł głowę – i ujrzał. Na sianku przykrytym białą chustą było Dzieciątko.
ks. M. Maliński

piątek, 14 listopada 2014

8 sposobów jak włączyć dziecko do świątecznych przygotowań


Naucz dziecko czekania

Tłumaczenie dziecku, kiedy nadejdą święta, nie jest proste, bo nawet dwulatki mają problem z odróżnieniem „wczoraj” od „ jutra”. Aby więc ułatwić smykowi czekanie, warto kupić lub zrobić kalendarz adwentowy. Maluch szybko może sprawdzić, czy zostało mało, czy dużo słodkości do zjedzenia z okienek, a tym samym - kiedy wreszcie przyjdzie ten wielki dzień.

Plusy: Dziecko uczy się cierpliwości i zaznajamia z pojęciami dotyczącymi czasu. Poznaje znaczenie słów „jutro”, „za kilka dni”, „za chwilę”.

Ćwiczcie składanie życzeń

Opowiedz dziecku o tradycji składania świątecznych życzeń. Wytłumacz, że chodzi o to, by sprawić drugiej osobie radość. Możecie także ułożyć przykładowe życzenia i ćwiczyć ich składanie, np. misiom czy lalkom. Warto również wraz ze smykiem przygotować kartki świąteczne dla bliskich, z którymi nie będziecie mieli okazji spotkać się przy świątecznym stole. Nie zapomnijcie także o liście do Świętego Mikołaja – jest dla dziecka jednym z nielicznych dowodów na istnienie tej postaci, a dla ciebie i reszty rodziny świetną podpowiedzią, jakie prezenty kupić maluchowi.

Plusy: Maluch poznaje tradycję oraz uczy się zasad dobrego wychowania. Dowiaduje się także, jak ważne są więzi z rodziną i bliskimi.


Pomóżcie innym

Przed świętami mobilizuje się wiele organizacji charytatywnych. Wytłumacz starszakowi, że nie wszystkie dzieci mają takie fajne zabawki jak on, namów go, by wybrał kilka, którymi już się nie bawi, i oddajcie je potrzebującym.

Zachowajcie świąteczne wspomnienia

Rozejrzyj się dookoła i zobacz, jak jest pięknie. Rozświetlone milionem lampek ulice zachwycą maluszka. Pójdź z dzieckiem na spacer tam, gdzie świąteczne dekoracje lśnią najpiękniej. I koniecznie zabierz ze sobą aparat fotograficzny, by utrwalić radość i zachwyt na twarzy swojego brzdąca.

Plusy: Zazwyczaj dzieci nie pamiętają konkretnych wydarzeń z pierwszych 4 lat życia (to normalne rozwojowe zjawisko nazywane amnezją wczesnodziecięcą). Po latach tylko zdjęcia przypomną maluchowi o magii pierwszej choinki i prezentów.

Zróbcie świąteczne dekoracje

Świąteczna atmosfera to także świątecznie ozdobiony dom. Zróbcie łańcuch z bibułek czy popcornu, ulepcie bałwanki i aniołki z masy solnej. Można z dzieckiem zrobić wyklejanki. Naszej córci wycięłam z kolorowego bloku technicznego choinkę, posmarowałam klejem, a ona przyklejała sobie wedle uznania  gotowe scrapki. Użyję tej choinki do jednej z kart grudniownika :)


 Plusy: Przy zabawach plastycznych malec rozwija nie tylko wyobraźnię i talent artystyczny, ale także zdolności manualne. Dziecko nabiera też pewności siebie, bo dla babci ozdoby wykonane przez wnuczka będą piękniejsze od tych z galerii sztuki.

Śpiewajcie razem

Nawet jeśli w waszym domu nie było tradycji śpiewania kolęd, wprowadźcie ją teraz. Jeśli się wstydzisz – włączaj kolędy z płyt i dośpiewuj fragmenty, które znasz. Zachęcaj też dziecko, by dogrywało melodię na bębenku czy dzwoneczku.

Plusy: Śpiewanie i słuchanie kolęd umuzykalnia. To także dobra gimnastyka dla mózgu smyka. I jeszcze jedno: rodzinne kolędowanie zacieśnia więzi między wami.

Gotuj z dzieckiem

Zaproś malucha do kuchni. Już niemowlę może uczestniczyć w przygotowaniach, wybijając rytm drewnianą łyżką. Starszaka zaś możesz poprosić o bardziej odpowiedzialne zajęcia: przesiewanie mąki na pierogi czy ubijanie jajek. Koniecznie też upieczcie i udekorujcie wspólnie pierniczki.

Plusy: Maluch uczy się, że obowiązkami należy się dzielić.


 Czytajcie świąteczne opowieści.

To miłe dla rodzica i dla dziecka. Wspólne czytanie przynosi wiele korzyści. My mamy w swojej biblioteczce już dwie wielkie księgi z opowieściami świątecznymi różnej maści dla dzieci. Czytamy. Śpiewamy wierszyki. Odliczanie do świąt staje się dużo milsze.
Taką mamy min w zbiorach. Gruba okładka z błyszczącą choinką.
To jedna z ulubionych książek córusi.
Książka ma 211 stron, na każdej jedno opowiadanie. Pięknie ilustrowana.
"Zbiór opowieści świątecznych związanych z okresem Bożego Narodzenia, dzięki którym Mały Czytelnik może przybliżyć sobie tradycje i zwyczaje świąteczne. Pozna kluczowe wartości w życiu, takie jak: miłość, przyjaźń, dobro czy poświęcenie. Opowieści uczą jak patrzeć na świat, by nie zagubić życzliwości, która należy się wszystkim."
Warto kupić taką książeczkę :-)







zrodlobabyonline i tekst wlasny

środa, 12 listopada 2014

Elf, który jadł za dużo

Na dalekiej północy żył mały elf, który miał na imię Franek. Franek miał duży problem, ponieważ przed świętami Bożego Narodzenia stawał się smutny i markotny. Żeby zapomnieć o niewesołym nastroju, całymi dniami objadał się. Święty Mikołaj zauważył problem małego elfa i postanowił mu pomóc. Tym bardziej, że Franek przestawał się mieścić w swoje ubranka. Staruszek wiedział, że jego mały pomocnik musi się poczuć wyjątkowy i wyróżniony, więc zlecił mu specjalne zadanie. Franek miał naprawić wszystkie stare i zepsute zabawki. Mały elf był bardzo zadowolony, gdyż wreszcie poczuł się doceniony, a praca pochłonęła go całkowicie. Całe dnie spędzał teraz w warsztacie, reperując zniszczone zabawki. Franek nie objadał się już, ponieważ nie miał czasu na jedzenie. Zaczął zwracać uwagę na to, co je i zdrowo się odżywiał. Dzięki temu wkrótce jego stare ubranka, które od dawna były za małe, stały się świetnie dopasowane. A Święty Mikołaj za każdym razem, gdy widział Franka, uśmiechał się radośnie, bo tylko on znał jego problem i potrafił go rozwiązać.

sobota, 5 lipca 2014

Zupa koperkowa



Składniki
  • dwie roladki z kurczaka (górna część udka bez skóry)
  • 4 marchewki
  • 2 pietruszki
  • nać selera
  • pół selera
  • 2 ziela angielskie
  • 1 liść laurowy
  • pół cebuli, lub mała cebula, ale za to z łupką
  • szczypta kurkumy
  • koperek
  • woreczek ryżu

Przygotowanie
Roladki opłukać, włożyć do garnka, zalać wodą. Wrzucić ziele angielskie i liść laurowy. Cebulę umyć (nie obierać) i wrzucić w łupce do garnka. Dodać dosłownie szczyptę kurkumy* oraz nać selera. Cebula i kurkuma sprawi, że wywar mięsny tzw rosół będzie złocisty bez kostki rosołowej, a dzięki cebulce i naci selera nabierze nam smaku. Marchew, pietruszkę, ziemniaki i selera obrać, część pokroić w talarki, część zetrzeć na tarce.Gdy zrobi się wywar (z roladek nie robi się szumowina) dodać warzywa. Po około 10-15 minutach wyjąć nać, cebulę, i roladki, wrzucić ryż - (lub lane kluski!) i posiekany koperek. Roladkę oddzielić od kostki i dodać do garnka. Zagotować.

*EDIT*
Zamiast ryżu dodałam (nowe zdjęcie) kluski lane.
Przepis podstawowy
  • 2 jajka
  • 2 łyżki mąki
  • opcjonalnie szczypta soli
Składniki połączyć  - wymieszać widelcem, aż masa będzie gładka, bez grudek. Do ugotowanej zupy wlać cienką strugą ciasto i delikatnie wymieszać. Gotować gdy kluski wypłyną na wierzch jeszcze dwie minuty.


* KURKUMA
Hindusi wykorzystują kurkumę od tysięcy lat, naukowcy zainteresowali się nią całkiem niedawno, dostrzegając związek między niską zachorowalnością mieszkańców Indii na alzheimera i ich dietą. Podejrzewali, że odpowiedź kryje się w stosowanych przez Hindusów przyprawach. I rzeczywiście, wkrótce wyodrębnili aktywny składnik kurkumy – kurkuminoidy. To właśnie te naturalne substancje, znajdujące się w kłączach rośliny, stymulują system immunologiczny do niszczenia białka, którego złogi utrudniają przewodzenie sygnałów nerwowych odpowiedzialnych za pamięć, uwagę, zachowanie czy nastrój.

Przyprawa życia

Kurkuma (ekstrakt kłączy ostryżu) jest rośliną z rodziny imbirowatych, reprezentuje ją aż 70 gatunków. Jest składnikiem innych przypraw, np. szeroko stosowanego w kuchniach świata curry. Pochodzi z Indii i Azji – tej „przyprawy życia” używają tam uzdrawiacze medycyny ajurwedyjskiej, najstarszego systemu leczniczego świata. Według ajurwedy wszystkie choroby biorą się z toksyn – niestrawionych resztek pokarmu pozostających w układzie trawiennym. A kurkuma dobrze wpływa na trawienie, dostarcza organizmowi niezbędnych do życia składników. Zawarta w niej kurkumina i jej pochodne mają silne właściwości antybakteryjne, przeciwwirusowe i przeciwgrzybiczne – może kiedyś staną się alternatywą dla antybiotyków? Na to musimy jeszcze chwilę poczekać, naukowcy pracują nad leczniczym zastosowaniem składników tej rośliny i łatwą do przyswojenia formą, bowiem, by odczuć dobroczynne działanie kurkumy , trzeba ją stosować przez dłuższy czas. Spożywana jako przyprawa niestety nie dociera w całości bezpośrednio do krwioobiegu i do tkanek, więc jej właściwości lecznicze nie są przez organizm ludzki w pełni wykorzystywane.

Co jeszcze wiemy o kurkumie?

Obniża poziom cholesterolu i glukozy, działa przeciw nowotworowo, łagodzi niestrawność żołądka. Z powodu właściwości przeciwzapalnych i antybiotycznych wykorzystywana jest w leczeniu trądziku i innych schorzeń skóry. Wskazaniem do jej używania są także zaparcia i wzdęcia, a wyciągi na bazie alkoholu z kłącza rośliny stosowane są przy zapaleniu pęcherzyka żółciowego i dróg żółciowych, kamicy żółciowej oraz zaburzeniach trawiennych. Nauka dąży do tego, by właściwości kurkumy wykorzystywać także w profilaktyce i leczeniu reumatoidalnego zapalenia stawów i cukrzycy.
(źródło i czytaj więcej -
http://zwierciadlo.pl/2013/zdrowie/diety/kurkuma-dobroczynne-wlasciwosci  )

piątek, 30 maja 2014

Monety

Wiosenne słońce skłoniło mnie, bym usiadł na ławce. Zamknąłem oczy i napawałem się ciepłem, świeżym podmuchem wiosennego wiatru, ciszą. Usłyszałem za ławką jakiś szelest. Obejrzałem się i zobaczyłem dzieciaka – chłopca w wieku może 6 lat, który gapił się pod ławkę. Mały pomału ją obchodził, patrząc tak, jakby chciał pod nią coś znaleźć. Było w tym dziecku coś takiego dorosłego, samodzielnego. Myślałem, że sobie to uroiłem, bo przecież sześcioletni maluch nie może mieć takiego spojrzenia. A jednak chłopiec tak właśnie patrzył na ławkę.
- Proszę pana, niech pan podniesie nogi, proszę, - powiedział.
Bardziej ze zdziwienia, niż świadomie odpowiadając na jego prośbę, uniosłem stopy. Mały kucnął, wpatrując się w ziemię.
- Tu też nie ma, - westchnął.
- Chcesz gumę do żucia? – spytałem.
- A jaką masz? Bo ja lubię owocowe.
- Mam miętową.
Zawahał się, ale w końcu wziął jedną i włożył do buzi. Uśmiechnąłem się patrząc na jego ręce – zwykłe ręce małego chłopca, niemożliwie brudne. Patrzyliśmy długo na siebie, żując gumę.
- Ciepło dziś, - powiedziałem.
- Nie ma śniegu, to dobrze, - powiedział cicho chłopiec.
- Nie lubisz śniegu?
- Nie rozumiesz – pod śniegiem nic nie widać. Malec włożył ręce do kieszeni. – Idę, bo zaraz się ściemni, a ja prawie nic nie znalazłem, dziękuję za gumę…
Nie wiem co kazało mi go zawołać, gdy już odchodził. Chyba jakiś dorosły szacunek do powagi tego dzieciaka.
- A czego szukasz?
- Nie powiesz nikomu? To mój sekret.
- Nie powiem.
- Szukam monetek, tu w alejce można sporo znaleźć, jeżeli się wie gdzie szukać. Jest ich dużo pod ławkami, w zeszłym roku znalazłem cały stos.
- Monetek? – spytałem zdziwiony.
- Tak, monetek.
- A w zeszłym roku też ich tu szukałeś?
- Szukałem, - twarz chłopca znów spoważniała.
- A dziś dużo znalazłeś?
Mały sięgnął do kieszeni spodni. Mała ręka wydobyła z niej kawałek papieru. Chłopiec kucnął, rozwinął papier i położył na asfalcie. W zawiniątku błysnęło kilka monet. Marszcząc brwi dzieciak brał monety i układał w stosik, a jego usta coś szeptały – chłopiec podliczał swój dobytek.
- Cztery osiemdziesiąt, - powiedział, zawijając monety w papier i chowając do kieszeni.
- Bogaty jesteś!
- Nieee, to za mało… ale w lecie znajdę więcej.
- Na co zbierasz? Na słodycze? Na zabawki?
Malec spochmurniał, ale milczał. Zrozumiałem, że przekroczyłem jakąś niewidzialną granicę, dotknąłem czegoś ważnego, a może nawet bardzo osobistego w duszy tego młodego mężczyzny.
- Dobrze, nie gniewaj się na mnie, powodzenia! Będziesz tu jutro? – spytałem.
Mały spojrzał na mnie smutno.
- Będę. Jestem to codziennie, chyba, że pada deszcz.
Tak zaczęła się moja znajomość, a w konsekwencji – przyjaźń z małym chłopcem. Codziennie przychodziłem na tę ławkę. Mały przychodził mniej więcej w tym samym czasie, a ja pytałem go, ile znalazł monetek. Chłopiec wyciągał z kieszeni zawiniątko i starannie liczył. Nigdy nie miał tam więcej, niż 10 złotych.
Po kilku dniach powiedziałem:
- Mam kilka monetek, weźmiesz je do swojej kolekcji?
- Nieee, nie mogę. Mama mówi, że za pieniądze trzeba coś dać. A ile masz monetek?
- Cztery pięćdziesiąt.
- Zaraz wrócę, - powiedział chłopczyk i zniknął w krzakach. Wrócił po kwadransie.
- Masz, to dla ciebie za monetki, - powiedział, wyciągając na dłoni kawałek czerwonego ołówka, papierek po cukierku i zielone szkiełko z butelki.
W ten sposób dokonaliśmy naszej pierwszej transakcji. Codziennie przynosiłem mu drobne, a wracałem do domu z jego skarbami w kieszeni. Miałem już kilka kapsli, spinaczy, zepsutych zapalniczek, ołówków, samochodzików i żołnierzyków. Wczoraj czułem się bajecznie bogaty, bo za 5 złotych drobniakami otrzymałem żołnierzyka bez ręki. Chciałem odmówić tej niesprawiedliwej transakcji lub dopłacić za fant, ale malec był nieugięty.
Pewnego dnia chłopiec odmówił wymiany i choć bardzo go prosiłem – nie zmienił swojej decyzji. Następnego dnia również. Przez kilka dni starałem się zrozumieć, dlaczego nie chce więcej moich monet. W końcu dotarło do mnie, że mały sprzedał już wszystko i nie ma nic na wymianę.
Zacząłem przychodzić wcześniej i rzucać pod ławki monety. Chłopiec znajdował je, a następnie kucał przy mnie i liczył swój dzienny łup. Przyzwyczaiłem się do niego i na swój sposób pokochałem tego małego faceta. Podziwiałem jego upór, samodzielność i konsekwencję w poszukiwaniu monet, ale każdego dnia coraz bardziej męczyło mnie pytanie, po co dzieciak drugi rok zbiera te monety? Prawie codziennie przynosiłem mu cukierki i gumę do żucia, które brał ode mnie z podziękowaniem. Zauważyłem jeszcze, że rzadko się uśmiechał.
Dokładnie tydzień temu chłopiec nie przyszedł. Następnego dnia również go nie było. Nie pokazał się przez cały tydzień. W życiu nie przypuszczałem, że będę się tak denerwował czekając na niego. Po tygodniu wreszcie go zobaczyłem. Siedział na ławce, gapiąc się w ziemię.
- Cześć! – powiedziałem radośnie. – Czemu nie przychodzisz? Deszczu nie ma, monet leży sporo pod ławkami, a ty się lenisz!
- Nie zdążyłem. Nie potrzebuję więcej monetek, - bardzo cicho powiedział chłopiec.
Usiadłem obok niego na ławce.
- Nie smuć się, jak to – nie potrzebujesz? Co to znaczy, że nie zdążyłeś? Przestań! Mów, o co chodzi, zobacz, co ci przyniosłem, - wyciągnąłem do niego garść monet.
Chłopiec spojrzał na moją dłoń i szepnął:
- Nie potrzebuję więcej monetek.
Nigdy nie myślałem, że dziecko w wieku sześciu lat może mówić z taką goryczą i beznadziejnością.
- Co się stało, - spytałem go, obejmując kruche ramionka. – Powiesz mi wreszcie, po co ci te monetki?
- Dla tatka, zbierałem monetki dla tatka, - po twarzy chłopca ciekły łzy, dziecięce łzy.
Odebrało mi mowę, sam byłem na granicy płaczu.
- A tacie po co? – spytałem łamiącym się głosem.
- Ciotka mówi, że tatko jest bardzo chory, a mama powiedziała, że można go wyleczyć, ale to drogo kosztuje i trzeba bardzo dużo pieniędzy, no to zbierałem dla niego. Miałem już dużo monetek, ale nie zdążyłem, - łzy ciekły strumieniem.
Przytuliłem go. Mały szlochał. Trzymałem go w ramionach, głaskałem po głowie i nie umiałem odnaleźć słów.
- Nie ma już tatka, umarł, był dobry, był najlepszym tatkiem na świecie, a ja nie zdążyłem, - dzieciak zanosił się od płaczu.
Nigdy nie przeżyłem większego szoku, czułem, że po moich policzkach też płyną łzy. Maluch gwałtownie wyrwał się z moich objęć, spojrzał na mnie czerwonymi od płaczu oczami i powiedział:
- Dziękuję ci za monetki, jesteś moim przyjacielem.
Odwrócił się i pobiegł przed siebie alejką. Odprowadzałem wzrokiem tego małego mężczyznę, którego życie tak bardzo doświadczyło na samym początku jego drogi, płakałem i rozumiałem, że nie będę umiał nigdy mu pomóc.
Więcej go nie widziałem. Codziennie przez następny miesiąc przychodziłem na naszą ławkę, ale go nie było. Teraz przychodzę nieco rzadziej, ale nigdy więcej nie spotkałem tego sześcioletniego prawdziwego mężczyzny.
Za każdym razem rzucam monety pod ławkę, przecież jestem jego przyjacielem, niech wie, że jestem obok.

sobota, 17 maja 2014

Kisiel truskawkowy

Składniki

  • 10 średniej wielkości truskawek
  • pół szklanki wody
  • cukier
  • mąka ziemniaczana

Przygotowanie

Zagotować wodę w rondelku. Truskawki opłukać, oczyścić z szypułek. Pokroić w kostkę. Włożyć do gotującej się wody. Dodać cukru - ile kto lubi. Gotować, gdy woda nieco odparuje dodać pół łyżki - łyżkę mąki ziemniaczanej, w zależności ile zostanie nam wody z truskawkami w rondelku. Wymieszać dokładnie, aby nie powstały grudki z mąki. Gotowe.


poniedziałek, 12 maja 2014

Biszkoptowe ciasto z masą na soku na dzieci. Pysio marchwiowo bananowo brzoskwiniowy

Składniki

biszkopt

  •     3 jajka
  •     3/4 szklanki cukru
  •     1 łyżeczka octu
  •     1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  •     1/3 szklanki mąki pszennej
  •     1/3 szklanki mąki ziemniaczanej


masa soczkowa

  •     jedna szklana butelka (900ml) soku marchwiowo bananowo brzoskwiniowego
  •     2 budynie waniliowe bez cukru
  •     4 łyżki cukru
   

masa śmietanowa

  •     300ml śmietany kremówki 30%
  •     3 łyżki cukru
  •     400g serka Danio waniliowego
 

dodatkowo

  •     galaretka brzoskwiniowa


Przygotowanie


Białka ubić na sztywno, dodać cukier i ocet. Następnie dodać po jednym żółtku. Zmiksować. Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać na gładką masę. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Można robić w standardowej blaszce, ja piekłam w dwóch keksówkach. Piec w nagrzanym piekarniku do 180 stopni około 25-30 minut.
Z litra soku odlać szklankę i rozpuścić cukier i budynie, dokładnie wymieszać by nie było grudek. Pozostałą część soku zagotować, jak mleko na budyń. Wlać rozczyn i gotować jak budyń. Ugotowany odstawić do wystudzenia. Masę wyłożyć na ostudzony biszkopt i wstawić do lodówki, żeby masa ładnie stężała.
Galaretkę rozpuścić w 250 ml wrzątku i odstawić do wystudzenia. U mnie to była warstwa na masę z soku, można galaretką polać wierch ciasta. Śmietanę ubić na sztywno, do ubitej dodać cukier i partiami serek homogenizowany. Wyłożyć na tężejącą masę z soku. Wierzch ozdobić owocami, opcjonalnie galaretką.  Ciasto powinno leżeć w lodówce co najmniej parę godzin. Dzieciom, które piją takie soczki, na pewno posmakuje - jak u nas :)

Biją tylko słabi

Chłopczyk w wieku 4 lat bawił się w piaskownicy. Nagle podszedł do niego kot i zaczął wygrzebywać foremkę z piasku. Chłopczyk dość brutalnie kota odepchnął, zwierzak miauknął i uciekł.
Wówczas do malucha podszedł ojciec, kucnął przed nim i odbyła się następująca rozmowa:
- Jesteś duży? – spytał tata spokojnie.
- Tak.
- I silny?
- Tak.
- Taki duży i taki silny, że możesz uderzyć małego słabego kota?
- ….. – buzia w podkówkę.
- Widzisz, synku, ja jestem jeszcze większy i silniejszy od ciebie, - kontynuował tata. – A wiesz, dlaczego cię nie biję i nie popycham? Ponieważ siła jest potrzebna do tego, by bronić słabszych od siebie, a nie do tego, by bić małych i bezbronnych. Silni ludzie tak nie robią, zrozumiałeś?
- Zrozumiałem.
- Co zrozumiałeś?
- Że nie można bić słabszych… bo nigdy nie będę silny.
- Zuch!


sobota, 10 maja 2014

Drożdżowe bułeczki z czekoladą

 Składniki

  • 15 g  świeżych drożdży
  • 1 szklanka ciepłego mleka
  • 3 ¾ szklanki mąki
  • 2 łyżki roztopionego masła + 2 łyżka do posmarowania wierzchu
  • 3 łyżki cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 jajko
  • czekolada Milka mleczna
Przygotowanie

Drożdże pokruszyć, połączyć z cukrem. Energicznie wymieszać, powinien powstać płynny zaczyn. Dodać ciepłe mleko, wymieszać i odstawić na kilka minut. Następnie dodać dwie łyżki masła, cukier, sól, jajko. Wyrobić ciasto. Odstawiamy na kolejne parę minut. Mąkę przesiać, dodać do mieszanki z drożdży, zagnieść. Im dłużej będziemy zagniatać tym ciasto powinno się mniej kleić do rąk. Wyrobione ciasto włożyć do miski, przykryć ścierką lnianą i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (do 2 godzin). Po wyrośnięciu ciasto ponownie zagnieść, aby pozbyć się powietrza. Podzielić na części i uformować kuleczki, następnie lekko je spłaszczyć i włożyć do środka czekoladę i zawinąć w kulkę. Ja na małą bułeczkę dałam dwie kostki. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Piekarnik nagrzać do 200 stopni. Bułeczki przełożyć łączeniem do dołu na blaszkę w dosyć sporych odstępach. Przykryć ściereczką i zostawić jeszcze na 20 min do wyrośnięcia, w tym czasie nagrzeje się piekarnik. Po około 15-20 minutach wierzch bułeczek posmarować roztopionym masłem i włożyć do piekarnika na około 10 do 15 minut. Należy je wyciągnąć gdy skórka lekko zbrązowieje. Ja moje bułeczki na wierzchu pędzelkiem potraktowałam kilkakrotnie mleczną polewą czekoladową,pokruszonymi migdałami i orzechami włoskimi.



środa, 30 kwietnia 2014

Wszystko co powinieneś wiedzieć o pikniku

Majówka, lato - wakacje, odpoczynek i relaks. Ciepły czas, kiedy można przejść się nad morze, w górach, na łące lub w lesie. Jeśli masz wolne, to dlaczego by nie zrobić małego pikniku, po za miastem.  Lub w mieście - jest dużo miejsc, gdzie można się rozłożyć z kocykiem. Poleżeć w trawie, pooglądać chmury. Pobawić się z dzieckiem i pobiegać,  zrywając kwiatki, pleść wianki. Poczytać książkę można. Można się przytulić i porozmawiać. O pomilczeć też można.

Nic dziwnego, że pierwsze pojawiły się pikniki w czasach starożytnych Rzymian, a istnieją do dziś. Europejska arystokracja kochała pikniki i często łączyli je z polowaniem.

 

 

Mieszkańcy każdego wielkiego lub mniejszego miasta chyba znają miejsca, gdzie można uciec od miasta, zjeść smaczny posiłek z grilla, spacerować po lesie lub popływać w jeziorze, czy rzece.

Jeśli planujesz piknik, może uda Ci się pomóc moimi wskazówkami. ;-)
Zapraszam i przyjemnej lektury.


Co zabrać na piknik ?


Kto nie złapał się na myśli o tym, że masz wszystko, czego potrzebujesz , a po przybyciu na miejsce , okazuje się, że jest to ważne, pozostaje w domu. Na przykład , wiele osób zapomina, ważnych rzeczy takich jak zapałki, sól, noże . Aby nie znaleźć się w tej sytuacji , należy wyrobić w sobie nawyk pisania listy , zwłaszcza z naciskiem na najważniejszych rzeczy . Odnosząc się do listy, ostrożnie umieścić w niej wszystkie rzeczy .

Lista ta może być następująca :

  • noże (nieco lepiej, jeśli są dobrze naostrzone z góry )
  • otwieracz / korkociąg
  • deska do krojenia (lepszy plastik i lekki)
  • naczynia ( zazwyczaj na pikniku używa się naczyń jednorazowych z tworzyw sztucznych)
  • chyba, że dysponujemy koszem piknikowym - w tych lepszych sztućce i talerzyki są porcelanowe
  • przynieś przynajmniej jeden widelec lub szczypce, aby przerzucić kilka potraw podczas pieczenia lub sprawdzić swoją gotowość (fotografowanie warzywa lub mięsa z grilla,  łatwiejszymi akcesoriami są żelazne, a nie plastikowe widelce)
  • serwetki i ręczniki
  • grill (składany grill - wygodny wynalazek, który pomoże Ci przygotować posiłki z grilla i nie będzie stanowić zagrożenia pożarowego, jest o wiele łatwiej umieścić szaszłyki niż przeszukiwać miejsca na ognisko, w wielu miejscach nie można robić ognisk, może to skończyć się mandatem )
  • szaszłyki i gotowe marynowane mięso na grilla
  • jeśli nie robimy grilla warto zrobić przekąski
  • koc, poduszka, lub mata (ziemia zazwyczaj dobrze ogrzana, ale wygodniej siąść na kocu)
  • jednorazowe obrusy i ceraty (przydatne do położenia na nich naczyń)
  • składane meble (przydatne, jeśli nie lubisz siedzieć i jeść na ziemi)
  • worki na śmieci (nie śmiecimy, zbieramy odpady do chociażby pustej reklamówki)
  • zapalniczka
  • węgiel lub drewno
  • papier lub środki, aby ułatwić rozpalenie ognia
  • słoik z solą / pieprzem (te przyprawy są niezbędne, zwłaszcza jeśli chcesz coś upiec na grillu, lub jeść świeże warzywa)
  • spray lub maść na komary i innymi owady (może być przydatny w nocy, gdy latają szczególnie krwiożercze wampiry ;] )
  • ochrona przed słońcem (jeśli pójdziesz do lasu, wystarczy krem do opalania, okulary, kapelusze, ale na brzegach rzek lub jezior, czy łąkach, te rzeczy mogą się przydać )
  • apteczka (obowiązkowe  - wiele osób zapomina lub nie chce brać leków , szczególnie jodu i bandaży, chociaż spędzamy czas na łonie natury, te rzeczy mogą być przydatne, jeśli jedziemy samochodem, kierowca powinien mieć zwykłą apteczkę; należy sprawdzić zawartość i dodać produkty jeśli czegoś brakuje )
  • gry (zastanów się, jak będziecie bawić się w naturze; jeśli bierzecie dzieci, należy przemyśleć, co będziecie robić, w przeciwnym razie dzieci będą sami szukać przygody i mogą wpaść w kłopoty; można na przykład wziąć piłki, zabawki , badmintona lub inne akcesoria do gier na świeżym powietrzu)
  • napoje do picia, termos z ciepłą wodą na mleko dla dziecka, pamiętajmy, że po wodach gazowanych i sztucznie barwionych, jak i niektórych sokach będzie większe pragnienie
  • woda niegazowana, lub mokre chusteczki (przydatne do mycia rąk, jeśli nie wokół stawu)
  • jeśli bierzemy wodę do mycia dłoni, to warto wziąć mydło w płynie :)
  • ciepłe ubrania (poza miastem, gdzie nie ma betonu i asfaltu ,temperatura jest zwykle nieco niższe niż w mieście, więc ciepłe ubrania mogą być użyteczne, zwłaszcza jeśli masz zamiar zatrzymać się na pikniku do późnego wieczora, zawsze może zaskoczyć nas - czego nie chcemy - burza bądź deszcz)
  • DOBRY NASTRÓJ !
    Z dobrym nastrojem brak któregokolwiek z powyższych elementów nie będzie przeszkodą do doskonałego pikniku :-) pamiętajcie o tym



Meble Piknikowe


Można usiąść na trawie, lub piasku na kocu i nie muszą być krzesła i stolik. Oczywiście, o wiele wygodniej siedzieć przy stoliku .
Najpierw przychodzi do głowy, składanie mebli . Po wybraniu należy pamiętać o trzech ważnych rzeczach: powinno być to trwałe, łatwe do złożenia i rozwijania i być wygodne w użyciu. Aby to zrobić, przy zakupie należy dokładnie sprawdzić wszystkie mocowania rozszerzonych krzeseł, określić, czy są wygodne do siedzenia na nich.
Oto kilka przykładów mebli na piknik :











Naczynia na piknik


Ważne szczegóły na piknik - dania, oraz naczynia w których będą przewożone produkty. Nie powinny one marszczyć w drodze, powinny zachować świeży wygląd i zapach. Najlepiej każdy produkt umieścić w oddzielnym małym pojemniku.
Można gotować potrawy w domu, a następnie zabrać je ze sobą. Aby zachować produkt
wręcz przeciwnie - ciepły, można użyć regularnych specjalnych pojemników foliowych lub grubej folii.
Jeśli jest dużo ciepłej, i udajemy się do miejsc piknikowych bardzo daleko, można zabrać torbę -  lodówkę, trwałość produktów ułatwią nam butelki z zamarzniętą wodą.
Kanapki z masłem, kiełbasa i serem mogą się zepsuć od upału. Nie zawijać ich w worki z tworzywa sztucznego, najlepiej w papier pergaminowy i trzeba je spożyć w zasadzie jako pierwsze.
Naczynia do pikniku zazwyczaj wybiera się na podstawie faktu, żeby nie uległy pęknięciu i były łatwy w transporcie. Genialny wynalazek - jednorazowe naczynia z tworzywa sztucznego lub tektury, które nie potrzebują do mycia, które nie stłuką i nie zajmują dużo miejsca .


Przydatne rzeczy na piknik


  • Oto kilka oryginalnych pomysłów na piknik, które uczynią Państwa pobyt bardziej komfortowym:
  • Chłodzenie butelek napojów to często poważny problem w naturze, ale gdzie woda, potok, strumyk można wodę chłodzić. Na przykład, można użyć nadmuchiwanego rękawa i liny, aby utrzymać butelkę w wodzie i nie pozwalać im się ogrzać, ani odpłynąć.
  • Kosz owoców z kartonowych, lub talerzyka papierowego.



Zrobić cztery nacięcia, jak pokazano na rysunku, a następnie podnieść brzegi i zabezpieczyć je za pomocą zszywek. Podwójną taśmą klejącą, lub klejem uszczelnić krawędzi. Wzdłuż obwodu zabezpieczyć tasiemką.
  • Produkty można trzymać w taki sposób, aby nie przyciągały wiele owadów. Zastosowanie parasola zawieszonego na gałęzi drzewa, może być rozwiązaniem.

  • Aby koc, na którym można usiąść, nie stał się mokre od wilgotnej ziemi, można użyć ceraty, która powinna leżeć pod nim. Wtedy można udać się na piknik, mimo iż trawa mokra od rosy, czy deszczu.

 

Gdzie na piknik?


Miejsce na piknik - oczywiście, chcesz wybrać wygodne, czyste , z dala od drogi, hałasu i zgiełku miasta.
Czasem w obrębie miasta, istnieją specjalne miejsca, w parkach i wokół jezior, w których można zrobić grilla i odpocząć, ale zwykle takie miejsca przyciągają tłumy i ucztowanie może drażnić sąsiadów. Albo sąsiedzi mogą drażnić nas :)
Mieszkańcy dużych miast często skarżą się, że wszystkie dobre miejsca na pikniki są znane od dawna, więc są przeludnione. Następnie żeby jechać w góry, trzeba wstać wcześnie rano.
Piknik można zorganizować nawet w mieście, na dachu swoich budynków mieszkalnych ! Jeśli nie jesteś w stanie opuścić miasta, dlaczego nie pójść na dach ? Nawiasem mówiąc, niektórzy fani nawet we wakacje opalają się na dachu. Jeśli planujemy piknik bez grilla, jest dużo łatwiej, można się rozłożyć nawet w pobliskim parku, o ile nie będą wam przeszkadzali spacerowicze.




Samo grillowanie nie jest wykroczeniem i w odpowiednich miejscach możemy je organizować, jednak z zachowaniem pewnych zasad. Niestety wiele osób nie potrafi uszanować przepisów i wtedy faktycznie może grozić kara. Niszczenie zieleni, zaśmiecanie terenu, zakłócanie spokoju, oraz spożywanie alkoholu w miejscach zabronionych, to najczęstsze wykroczenia grillujących.


Grill w Krakowie i okolicach

1. Zalew w Zesławicach - bardzo przyjemne miejsce na grilla, dodatkową atrakcję stanowi fakt, że w zalewie można łowić ryby (choć według forumowiczów nie tak łatwo coś tam złapać)

2. Zakrzówek - (Według grillujących forumowiczów najlepszym miejscem na grilla jest dolinka pod skałkami do wspinaczki), w pobliżu znajduje się stacja benzynowa, gdzie można kupić węgiel.

3. Zalew Bagry - Kąpielisko na Bagrach znajduje się pomiędzy ulicami Wielicką i Lipską. Najlepiej dojechać tramwajami jadącymi w stronę Kurdwanowa i Bieżanowa. Znajduje się tam specjalnie przygotowane, ogólnodostępne miejsce na grilla z zapleczem sanitarnym.

4. Miasteczko Studenckie AGH a dokładnie plac pomiędzy niskimi akademikami. Jedynym minusem tego miejsca jest jego ogromna popularność. Ogradzamy je osobom, które nie lubią tłoku.

5. Przylasek Rusiecki - oprócz miejsca na grilla jest tam piaszczysta plaża i strzeżone kąpielisko, wjazd samochodem kosztuje 8 zł

6. Głogoczów Podlesie.

7. Podzamcze k.Pieskowej Skały (odpłatnie,ale jest wszystko, np.korkociąg).

8. Las Kosiarz (Przeginia-Brodła).

9. Rudno-u stóp ruin zamku Tenczyn.

10. Ściejowice.

11. Przeginia Narodowa.

12. Popularne dolinki na grilla: Kluczwody, Bolechowicka, Kobylańska, Będkowska, Prądnika.

13. Kopiec Krakusa - tak można, grillowałam i nawet rozmawiałam z szanowną Strażą Miejską, więc bez obaw.

14. Łąki Bonarka.


Menu na piknik


Piknik nie będzie kompletny bez jedzenia i picia. Można spędzić na zewnątrz więcej niż godzinę, więc smaczne menu, oczywiście, jest załatwione wcześniej.
Jeśli masz mało czasu na przygotowanie produktów wcześniej, z pewnością można zabrać surowe warzywa, zioła, pieczywo, sery w plastrach i marynowane mięso ze sklepu. Jednakże istnieją setki receptur znakomitych potraw, częściowo przygotowanych w domu, który będą doskonale smakować na łonie natury.

Najpopularniejsze potrawy na piknik:

  • kiełbaski 
  • grill z różnych rodzajów mięsa ( wieprzowina, drób, jagnięcina, cielęcina)
  • ryby z rusztu
  • warzywa i grzyby na grilla
  • świeże warzywa , zioła i owoce
  • kanapki
  • ciasto
  • sałatki
  • ziemniaki pieczone w ognisku
  • napoje alkoholowe i bezalkoholowe


Wielu z was prawdopodobnie smażą na pikniku lub grillu tylko dania mięsne, najpopularniejsza jest chyba po prostu kiełbasa. Ale istnieje wiele innych smacznych i zdrowych posiłków z grilla. Ja na przykład uwielbiam grillowane warzywa. Latem i wiosną mamy cukinię, bakłażana, pomidory, paprykę i pieczarki. Można grillować tez selera, jest pyszny. W miarę możliwości, bo róznie to bywa z dzieciątkiem na grillowym pikniku będę wam przedstawiała różne smakowite rozwiązania.
Warzywa z grilla można upiec by były lekko chrupiące, bądź całkiem miękkie, oba rodzaje są dobre.
Łatwo również zrobić pyszną rybę z grilla. Szczególnie smaczny jest łosoś, pstrąg, sardynki i inne tłuszczowe gatunki ryb. Przed smażeniem ryby muszą marynować: można po prostu rzucić w przypraw do ryb, sól, pieprz, zioła, cytryna. Węgle do smażenia powinny być białe, lekki żar, nie buchający ogniem grill jak przy kiełbasie. Zazwyczaj o filety rybne o grubości 2 centymetrów przygotowanie zajmuje około 5-6 minut z każdej strony. Karkówka też powinna robić się dłużej, a na mniejszym ogniu!



Przekąski na piknik


Kanapki - kolejne niezbędne danie. Gdy idziesz na piknik, nie masz zamiaru jeść kebaba. Jednak kanapki mogą być przydatne czekając na grillowane mięska, jako że sprawa jest bardzo długa: trzeba grilla przygotować, zebrać drewno na opał, rozpalić ogień, poczekać, na przełom drewna w węgiel, a dopiero potem podsmażyć mięso.

Żeby nie głodomory nie głodowały, czekać na grilla mogą z przygotowanymi kanapek lub można zrobić je na miejscu. Głodny człowiek to i zły. A już zwłaszcza samiec alfa.

Znalazłam bardzo ciekawą propozycję. Tą kanapkę może przygotować w domu i po prostu wziąć na piknik. Jest wygodna do przenoszenia. I taka inna , bardzo interesująca.

Na tą wspaniały kanapkę dla waszego mężczyzny potrzeba: mały bochenek chleba, albo duża bułka (najlepiej okrągła i wysoka), ulubione dodatki do kanapki (wędlina, ser, majonez lub do smaku sosem pesto, sałata, pomidory, ogórki, gotowane mięso z kurczaka lub mięso z indyka).
Odciąć górną część bochenka chleba i usunąć miąższ, pozostawiając tylko skorupę.
Wtedy zaczynają się warstwy do ułożenia swoich składników, smarować sosami.
Gdy środek jest wypełniony do samej góry, przykryć warstwą chleba z góry. Twoja warstwowa piknikowa kanapka na głoda gotowa !

Nawiasem mówiąc, kanapki są szczególnie smaczne, jeśli smażycie chleb na grillu  to bezpośrednio nad ogniem. Przed smażeniem mięsa, położyć na grillu kilka kromek chleba i smażyć, aż do pożądanego koloru i chrupkości. Kanapki na piknik mogą być wykonane w postaci.



Pamiętajmy, aby nasze posiłki nie były zbyt obfite. Natura zmusza do aktywnego spędzania czasu, pograjcie, pobiegajcie. Lepiej być aktywnym, niż cierpieć z przejedzenia ;-)



Dziecko na piknikuDziecko około 1,5 do 2 lat ucieszy sam fakt rzucania piłki, czy biegania z rodzicem po trawie. Można wziąć autko, lalkę. Należy zadbać o krem z filtrem, na komary i osłonę główki, uszek.

Wariant dla dzieci młodszych: (3-6 lat)

„Skakanka”
Zabawa polega na tym, że dzieci stają w kole, a w środku opiekun. Kręci on skakanką po obwodzie koła, a one starają się podskakiwać tak, aby na nią nie nadepnąć. Kto się „skuje” musi wykonać jakieś zadanie, powiedzieć wierszyk lub zaśpiewać piosenkę.


„Trafianie do celu”
Dzieci najpierw zbierają w parku różne przedmioty: małe kamyczki lub szyszki. Ich zadaniem jest trafienie z pewnej odległości do ustalonego celu, np. drzewa. Jeden traf to jeden punkt. Ten, kto na koniec zabawy będzie miał ich najwięcej dostaję nagrodę.



„Pająk”
Należy wybrać jedną osobę, czyli pająka. Dzieci biorące udział w zabawie, biegają po parku, lecz gdy usłyszą wołanie „pająk idzie” muszą stanąć nieruchomo. Kto pierwszy się poruszy odpada z gry. Ostatnia osoba wygrywa.
Jeśli chodzi o pomysły to nie zapominajmy o dawnych zabawach typu: „Stary niedźwiedź”, „Piłka parzy” czy wszystkim znany „Lisek”. Ważne jest, by dzieci się nie nudziły.



Wariant dla dzieci starszych: (7-12 lat)


Dla starszych dzieci wiosenny piknik może stać się też po części wycieczką rowerową, gdyż polecamy wybrać się na niego właśnie rowerem. Będzie to dodatkowa frajda! Jeśli chodzi o potrzebne rzeczy to będą one bardzo podobne do tych, które zabiera się na piknik z młodszymi dziećmi. Aby czas Waszego pikniku był ciekawie wypełniony, przygotowaliśmy dla Was kilka ciekawych pomysłów zabaw:


„Skojarzenia”
Dzieci siadają na kocu obok siebie. Zaczyna pierwsze z nich, mówiąc dowolne słowo. Następne dziecko stara się powiedzieć coś, co mu się kojarzy z pierwszym słowem. Podobnie robią tak wszyscy po kolei. Ta zabawa może trwać bez końca, a co więcej cały czas jest ciekawa.


„Lina”
Dzieci ustawiają się w szeregu jedno obok drugiego. Do rąk dostają długą linę, której się łapią. Opiekun wydaje komendy: na słowo "trzymaj" dzieci puszczają linę, a na słowo "puść" trzymają ją. Kto się pomyli odpada z gry. Zwycięzcą zostaje ten kto wytrwa najdłużej. To on dostaję nagrodę.


Chłopcy w tym wieku mogą zagrać w różne gry drużynowe typu: piłka nożna bądź koszykówka, a dziewczynki na pewno chętnie poskaczą na skakance bądź gumie. Ciekawe dla nich też będą różne zagadki lub zgadywanki.


Jeśli chodzi o organizację wiosennego pikniku to ile głów, tyle pomysłów. Dlatego nie traćcie czasu i już pomyślcie o swoim! Zapewniam, że nie będziecie żałować, a Wasze pociechy będą miały co wspominać. Większość z Was coraz mniej czasu spędza ze swoimi dzieciaczkami, a to jest doskonała okazja. Miłej zabawy!



PROPOZYCJE GRILLOWE

mięsa, ryby, sery
Steki z halibuta z dipem cebulowym

Camembert grillowany


warzywa, pieczywo
Ziemniaki pieczone z czosnkiem

Seler grillowany
Bułki grillowane z serami, masłem czosnkowym i ziołami

dipy
Dip czosnkowo ogórkowy
Pomidorowy
Śmietanowo majonezowy z pieczonym czosnkiem
Majerankowy
Bearneński

sobota, 26 kwietnia 2014

Niebieska czapeczka

Na półwyspie Kintyre, w wiosce Ardelve, mieszkał ongiś pewien rybak nazwiskiem Iain MacRae. Któregoś zimowego dnia, kiedy morze było nazbyt wzburzone, by mógł wypłynąć na połów, Iain postanowił wyciosać nową stępkę do swej łodzi i wybrał się do lasu między Totaig i Glenelg po stosowny do tego celu kloc drzewa.
Ale zaledwie począł rozglądać się za swoją stępką, kiedy gęsta biała mgła stoczyła się ze wzgórz i rozpostarła między drzewami. Iain bardzo się oddalił od Ardelve i jak tylko mgła zaległa ziemię, zapragnął możliwie najprędzej powrócić do domu, nie uśmiechało mu się bowiem spędzenie zimnej nocy pod gołym niebem. Zaczął tedy iść ledwie widoczną ścieżyną, pewien, że jest to droga, którą tu przybył i która zawiedzie go do Ardelve. Ale przekonał się niebawem, że jest w błędzie, bo ścieżka wyprowadziła go z lasu w obcą okolicę i kiedy zapadł mrok, był beznadziejnie zagubiony na stoku wzgórza. Już postanowił, że się owinie w swój kraciasty pled i spędzi resztę nocy na wrzosowisku, gdy nagle dostrzegł w oddali mdłe światło. Ruszył w tamtym kierunku szparkim krokiem, a kiedy podszedł bliżej, przekonał się, że światło pada przez okienko starego kamiennego szałasu z rodzaju tych, w jakich przemieszkiwali ongiś wieśniacy wyprowadzający trzody na pastwisko.

„Nareszcie jakaś nadzieja na spędzenie nocy pod dachem i na torfowy ogień, przy którym będzie można się ogrzać” - pomyślał Iain i zastukał ochoczo do walących się drzwi.
Ku swemu zdumieniu nie usłyszał odpowiedzi. „Przecież ktoś tam musi być - tłumaczył sobie w duchu - bo świeca nie mogła się sama zapalić”
I zastukał w drzwi powtórnie. Nadal nie było odpowiedzi, chociaż teraz usłyszał wyraźnie szmer głosów w szałasie. Wtedy Iain zawrzał gniewem i zawołał:

- Co z was za ludzie, że w zimową noc odmawiacie schronienia znużonemu wędrowcy?

Usłyszał szuranie i stara, stareńka kobieta uchyliła drzwi, ale tak wąsko, że w szparze zmieściłby się ledwie kot. Obrzuciła Iaina bacznym spojrzeniem i powiedziała niechętnie:

- Niech tam, możesz spędzić tu noc, bo w odległości wielu mil nie ma innego schronienia. Wejdź i połóż się przy kominie.

Otworzyła drzwi szerzej i natychmiast je zatrzasnęła, a Iain wkroczył do wnętrza. Na kominie palił się jasnym płomieniem torf, a po obu stronach komina Iain zobaczył dwie inne stare kobiety. Żadna z nich się do niego nie odezwała, jednakże ta, która otworzyła mu drzwi, wskazała gestem miejsce obok paleniska, gdzie Iain ułożył się pod swoim kraciastym pledem. Ale nie zasnął, bo atmosfera malej chaty wydała mu się dziwna i uważał, że będzie rozsądniej czuwać.
Niebawem spostrzegł, że starowiny zerkają w jego stronę, a jedna z nich, najwyraźniej uspokojona, iż nieproszony gość zasnął, wstała i podeszła do dużej drewnianej skrzyni znajdującej się po drugiej stronie izby. Iain leżał nieruchomo i patrzył, jak stara podnosi ciężkie wieko, wyciąga ze skrzyni niebieską czapeczkę i z powagą wkłada ją na głowę. Nagle starucha wrzasnęła skrzeczącym głosem:

- Carlisle! - i ku najwyższemu zdumieniu Iaina natychmiast zniknęła.

Potem pozostałe dwie staruchy podchodziły kolejno do skrzyni, wyjmowały niebieskie czapeczki, wkładały je na głowę i - wykrzyknąwszy słowo: Carlisle! - znikały bez śladu.
Gdy tylko ulotniła się ostatnia, Iain zerwał się ze swego miejsca przy kominie i podszedł do skrzyni. W środku zobaczył jeszcze jedną niebieską czapeczkę, dokładnie taką jak tamte. A ponieważ zżerała go ciekawość, dokąd uleciały trzy wiedźmy, szybkim ruchem włożył czapkę na głowę i wykrzyknął śmiało, naśladując glos starych kobiet:

- Carlisle!

Natychmiast kamienne ściany nędznego szałasu jakby się rozpłynęły i Iaina ogarnęło uczucie, że obraca się i wiruje w powietrzu z szaleńczą szybkością. Potem wylądował z hukiem i rozejrzawszy się dokoła, zobaczył, że znajduje się w ogromnej piwnicy na wino, gdzie trzy staruchy przepijały do siebie wesoło.
Zaledwie jednak Iain znalazł się pośród nich, zerwały się porzucając trunek i wrzeszcząc:

- Kintail, Kintail, z powrotem do Kintail!

I już ich nie było.
Ale tym razem Iain nie miał chęci podążyć za nimi, bo nowe miejsce pobytu bardzo mu się podobało. Oglądał uważnie butelki i beczki, tu wypijając kropelkę, tam pociągając łyczek, aż wreszcie dobrnął chwiejnym krokiem do jakiegoś kąta i zasnął tak mocno, jak nie spał chyba nigdy w życiu.
Otóż tak się zdarzyło, że piwnica na wino, do której Iain został przeniesiony w ów tajemniczy sposób, należał do biskupa z Carlisle i znajdowała się w podziemiach jego pałacu w Anglii. Rankiem słudzy biskupa ruszyli do piwnicy, a tam przeraził ich widok porozrzucanych flasz i wina cieknącego na podłogę.

- Bywało już, że znikały flasze wina ze stojaków - oznajmił ochmistrz - ale nigdy nie popełniono kradzieży tak bezwstydnej.

Nagle jeden ze służących dostrzegł Iaina, który leżał w kącie, wciąż spiąć kamiennym snem i wciąż w niebieskiej czapeczce na głowie.

- Złodziej, złodziej! - zaczęli wołać wszyscy i Iain obudził się z rękami związanymi na plecach i nogami spętanymi sznurem, jak kurczak przygotowany do pieczenia.

Słudzy zawlekli więźnia przed oblicze biskupa, ale wpierw zdarli mu z głowy niebieską czapeczkę, bo byłoby dowodem braku poszanowania, gdyby znalazł się w pałacu z nakrytą głową. Potem Iain został osądzony i skazany za swoją zbrodnię na karę śmierci na stosie.
I zwalono dużą kupę suchych drew Wokół okrągłego, mocnego słupa na rynku miasta Carlisle. Przyprowadzono tu Iaina i przywiązano do słupa, a następnie przytknięto głownię do chrustu i tłum, który się zebrał, by obserwować śmierć winowajcy, czekał, aż buchną pierwsze jasne płomienie.
Otóż Iain prawie już poddał się losowi i snuł przeróżne bohaterski myśli, gdy nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł.

- Ostatnie życzenie, ostatnie życzenie! - zawołał. - Pozwólcie bym na drogę do wieczności wdział moją niebieską czapeczkę.

Przychylono się do tej prośby i włożono mu czapkę. Zaledwie poczuł ją na głowie, spojrzał z rozpaczą na płomienie liżące mu stopy i wrzasnął potężnym głosem:

- Kintail, Kintail, z powrotem do Kintail!

I ku najwyższemu zdumieniu zacnych mieszczan Carlisle skazaniec wraz ze słupem, do którego był przywiązany, zniknął bez śladu i nigdy go już w Anglii nie widziano.
Wróciwszy do przytomności, Iain stwierdził, że znajduje się znów na stoku wzgórza, w lesie leżącym między Totaig i Glenelg, ale stary szałas, w którym mieszkały trzy wiedźmy, zniknął bez śladu. Po nocnej mgle nastał piękny, pogodny dzień i Iain dojrzał z oddali zbliżającego się starego wieśniaka.

- Zechcecie mnie oswobodzić od tego kłopotliwego pala? - zawołał do niego Iain. Stary podszedł i uwolnił Iaina z więzów.
- Ale czemu, na Boga, byłeś do niego przywiązany? - spytał. lain spojrzał posępnie na słup i zobaczył piękny kawał drewna, mocnego i zdatnego do użytku. Wtedy przypomniał sobie, jaki był cel jego wyprawy.
- Och, wziąłem to drewno, bo chcę zrobić nową stępkę do mojej łodzi rybackiej - odparł. - Dał mi je sam biskup z Carlisle.

I kiedy mu wieśniak pokazał, którędy iść do Ardelve, puścił się w drogę pogwizdując wesoło.

środa, 2 kwietnia 2014

Bajka wielkanocna

Zniosła Kura cztery jajka.
- Ko-ko-ko-ko - zagdakała zadowolona - leźcie tu cichutko, to nikt was nie znajdzie - i poszła szukać ziarenek na podwórku.
Ale Jajka, jak to Jajka, myślały, że są mądrzejsze od Kury i zamiast leżeć cichutko turlały się i postukiwały skorupkami, aż usłyszał je Kot.
- Mrau - powiedział, przyglądając się Jajkom - Cztery świeżutkie jajka, będzie z was pyszna jajecznica, mrau!
- Nie, nie, nie! - trzęsły się ze strachu Jajka - Nie chcemy skończyć na patelni!
- Ale co robić, co robić, co robić? - postukiwały skorupkami.
- Ja uciekam – zawołało pierwsze Jajko i poturlało się przed siebie – Nie dam się usmażyć! A po chwili wróciło i zaśpiewało wesoło.
Jestem czerwone w czarne kropeczki, nikt nie zrobi jajecznicy z takiej biedroneczki. - Co się stało, co się stało? - dopytywały się pozostałe Jajka.
- Pomalował mnie pędzelek kolorowa farbą i już nie jestem zwykłym Jajkiem tylko wielkanocną pisanką.
Drugie Jajko nie zastanawiało się długo, poturlało się tak szybko jak umiało, by po chwili wrócić i zaśpiewać grubym głosem:
To nie jajko tylko tygrys, nie rusz mnie bo będę gryzł.
I rzeczywiście, wyglądało jak pisankowy tygrys w żółto-czarne paski.
- I ja też, i ja też! – wołało trzecie turlając się wesoło.
- A co ono jeszcze wymyśli? – zastanawiały się Jajko-biedronka, Jajko-tygrys i Jajko-jajko. A trzecie właśnie wróciło całe zieloniutkie, śmiejąc się i popiskując:
Jestem żabką, każdy to wie. Czy ktoś zieloną żabkę zje? Nie!
Jajko-biedronka, Jajko-tygrys i Jajko-żabka były z siebie bardzo zadowolone. Tylko to czwarte leżało blade ze strachu i trzęsło się.
- Co ja mam zrobić? Co ja mam zrobić?
- Pospiesz się - mówiły kolorowe Pisanki do czwartego Jajka - bo będzie za późno. I właśnie wtedy znowu nadszedł Kot.
- Czy ja dobrze widzę? Zostało tylko jedno jajko? - mruczał niezadowolony - Trudno, będzie jajecznica z jednego jajka - i pomaszerował do kuchni.
Czwarte Jajko ze strachu trzęsło się tak bardzo, że nagle - trach! - skorupka zaczęła mu pękać. - Ojej, ojej, ratunku! - wołały przestraszone Pisanki - teraz już na pewno zrobią z ciebie jajecznicę.
- Trach-trach-trach! - pękała skorupka czwartego Jajka, aż pękła na małe kawałki i... wyszedł z niej puszysty, żółty kurczaczek.
Zamrugał czarnymi oczkami, pokręcił główka i zapiszczał:
Wielkanocna bajka, wyklułem się z jajka,
Bo cukrowy baranek czeka na mnie od rana,
A w świątecznym koszyku jest pisanek bez liku.

Przyciski Listonic

- See more at: http://darmowedodatkinablogi.blogspot.com/2013/09/bujajaca-sie-latarenka.html#sthash.RbAo3ms7.dpuf